terazmuzyka.pl
Blog użytkownika SzymonBijak

Styczeń to czas podsumowań muzycznych. Rok 2016 obfitował w naprawdę znakomite albumy, dlatego też wyłonienie najlepszej "dziesiątki" nie należało do zadań najłatwiejszych. 

1. Iggy Pop – Post Pop Depression

Jeśli w jednym studiu spotyka się Ojciec Chrzestny Punk Rocka ze współczesnym Królem Midasem Rocka, czyli Joshem Hommem, to efekt końcowy tej współpracy musi być genialny. No i tak rzeczywiście się stało. Post Pop Depression bije na głowę ostatnie krążki Iggy’ego Popa, które w większości zawodziły. Tutaj o rozczarowaniu nie ma mowy. Broni się sama muzyka: prosta, bez zbędnych udziwnień, ale nie prostacka. Utwory są bezczelnie nośne i pomysłowe. To dobry przykład płyty, która rozkłada na łopatki.

2. Radiohead – A Moon Shaped Pool

Radiohead znowu kilometr przed konkurencją. Zarówno pod względem czysto muzycznym, jak i marketingowym (kasowanie historii na portalach społecznościowych i te sprawy). Nagrali najlepszy album w XXI wieku, w dodatku najpiękniejszy od dobrych kilku lat. Wystarczyło uprościć kompozycje i nie „obrażać” się na melodie. W tym aspekcie zaskoczyli, zwłaszcza po „trudnych” poprzednikach, które nie zwiastowały, że kiedykolwiek powstanie tak przystępna płyta (oczywiście jak na radioheadowe standardy), jak A Moon Shaped Pool. Wielki powrót po pięcioletniej przerwie.

3. Anthrax – For All Kings

Jeśli ktoś uważał, że thrash metal nie ma się dobrze, znaczy że nie śledzi bacznie rynku. W tym roku żadna, wielka firma nie zawiodła. A najlepiej w tym gronie wypadł Anthrax w odświeżonym składzie. For All Kings to energetyczny koktajl, który stawia szybko na nogi. Charakteryzuje się on odpowiednią mocą, wszechobecną przebojowością, tekstami zmuszającymi do refleksji oraz wgniatającymi riffami. Czyli wszystko czego po ekipie Wąglika byśmy oczekiwali.Takiego ciosu nawet ja się nie spodziewałem.

4. Black Mountain – IV

To zdecydowanie moje największe odkrycie roku. Z ręką na sercu przyznaje się, że wcześniej o Black Mountain nie słyszałem. Trafiłem na nich muzykę przez przypadek… no i wsiąknąłem w ich muzykę bez reszty. Do mieszanki psychodelii i hard rocka dodajmy szczyptę lat osiemdziesiątych (klawisze!) i przepis na udany album już znamy. Nie zapominając przy tym o pierwiastku melodyjności oraz różnorodności – o IV ciężko powiedzieć, że to jednostajny krążek. Każdy utwór mieni się inną barwą.

5. Deftones – Gore

Nikt nie potrafi tak łączyć ostrych gitar z łagodnym śpiewem, jak grupa z Sacramento. Na kontrastach Deftones oparli swój charakterystyczny styl, któremu od lat hołdują. Jednak nie na zasadzie odgrzewania starych potraw, tylko przyrządzania tego samego dania za każdym razem w inny sposób. Gore to wspaniały album, monumentalny, ale jednocześnie dość trudny w odbiorze, który zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. Potrzeba czasu, żeby docenić jego wszystkie walory. Uwierzcie mi jednak, że warto. 

6. Avenged Sevenfold - The Stage

Z początku jakby - potocznie mówiąc - "nie wchodziła". W końcu miałem do czynienia z albumem, jak na dzisiejszy czasy, długim, ponad 70 minutowym. Dopiero z czasem się do The Stage przekonałem w stu procentach. Zresztą uważam, że to najlepsza płyta Avenged Sevenfold w dorobku. Przemyślany, dopracowany w najmniejszych szczegółach krążek. Zespół wrócił do progresywnego kierunku, z którego ostatnio zboczył. Słusznie. Na tym polu radzą sobie bardzo dobrze. Teraz pozostaje tylko to udoskonalać.

7. Korn - The Serenity of Suffering

Jonathan Davis i spółka wracają do korzeni. Nie tylko za sprawą okładki, gdzie baczny obserwator ujrzy czytelne nawiązania do przeszłości. Rajcuje przede wszystkim muzyka. Na The Serenity of Suffering znajdziemy wokalne wygibasy, ciężkie gitary oraz charakterystyczny dla grupy groove (bas chlaszcze aż miło!). Jest więc mocno, ale Korn wciąż dostarcza przebojowe numery, co powinno wszystkich cieszyć.

8.  The Claypool Lennon Dellirium - Monolith of Phobos

Kolejny przykład supergrupy w zestawieniu. Les Claypool, jeden z najlepszych basistów na kuli ziemskiej, lider zespołu Primus, połączył siły z synem Johna Lennona, Julianem. Owocem przepyszna podróż w czasie pod szyldem The Claypool Lennon Dellirium. Dużo dobrego znajdą tu miłośnicy psychodelii (wczesny Pink Floyd, The Beatles z okresu "Sierżanta Pieprza"), wariactwa a'la Frank Zappa. Jeśli lubicie takie klimaty w Monolith of Phobos zakochacie się od pierwszego przesłuchania.

9. Gojira - Magma

Ekstremalny metal raczej jest mi obcy. Dlatego też francuską kapelę znałem bardziej z nazwy niż z samej muzyki. Zmieniło się to, kiedy po raz pierwszy usłyszałem fragmenty Magmy. To było coś zupełnie innego, co świadczyło o chęci rozwoju ze strony braci Duplantier. Gojira na nowym albumie gra przystępniej, prościej, ale wciąż to muzyka najwyższej jakości. Starzy fani nie powinni się obrazić, za to jest szansa, że dołączą nowi. Mnie już tą płytą "kupili".

10. David Bowie - Blackstar

Pamiętam ten styczniowy dzień, który praktycznie w całości spędziłem na odsłuchu albumu Blackstar. Skłamałbym, gdybym napisał, że od razu mi się spodobał. Kameleon rocka nigdy nie szedł na łatwiznę, dlatego też był Wielkim Artystą. Następnego dnia z samego rana pojawiła się informacja, która zaskoczyła cały muzyczny (i nie tylko) świat. David Bowie zmarł, zaledwie dwa dni po swoich 69 urodzinach. Mistrz pożegnał się z nami w wielkim stylu!

Oceń notkę
+ 0 -
Komentarze - bądź pierwszy!
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
© 2013-2019 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group