terazmuzyka.pl

Dodge and Burn

"Dodge and Burn" to trzeci studyjny album The Dead Weather, który powstawał w latach 2013-2015. Promowały go cztery single, między innymi "Buzzkill(er)".

Wykonawca: The Dead Weather


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 25 września 2015
Produkcja: Jack White
Wydawca: Third Man
Style: Hard Rock, Rock Alternatywny, Rock Garażowy
Nasza ocena
Ocena społeczności 7.9
Oceń -

Choć niektórym może się to dziś wydać zaskakujące, Jack White, poza obrażaniem Patricka Carneya z The Black Keys, zakładaniem serwisów streamingowych z Kanye Westem i rzucaniem pierwszych piłek podczas meczów baseballowych Detroit Tigers, zajmuje się także muzyką. Przypomina o tym najnowsze dzieło The Dead Weather, na które fani musieli czekać aż pięć lat. Przerwa w działalności supergrupy z Nashville została wymuszona przede wszystkim zobowią­zaniami muzyków wobec swoich macierzystych zespołów. Gdy wreszcie nadszedł urlop, udało się odświeżyć dawne znajomości. Jako że najwyraź­niej mamy do czynienia z ludźmi, którzy stawiają na aktywny wypoczynek, trzy spędzone wspólnie tygodnie zaowocowały Dodge And Burn.

Przeglądając informacje na temat Jacka White’a, jakie pojawiały się w ostatnich miesiącach w prasie muzycznej i nie tylko, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia przede wszystkim z biznesme­nem i awanturnikiem. Oddajmy jednak cesarzowi co cesarskie: były lider The White Stripes i The Racon­teurs dokonał już wystarczająco dużo, aby wpisać się do rockowych annałów. White był dla wielu zbawcą mającym przywrócić riffowe granie do łask. Artystą tyleż charyzmatycznym, co przenikliwie inteli­gentnym. Dowód? Gdy wśród nieżyczliwych mu słuchaczy i krytyków zaczęły rozbrzmiewać głosy o epigoństwie i powielaniu sprawdzonych wzorców, wykręcił się sianem i wraz z trójką nie byle jakich muzyków założył The Dead Weather. Debiut grupy z 2009 roku pokazał, że w muzyce z gruntu gitarowej jest jeszcze sporo miejsca na innowacje.

No właśnie, tak było w roku 2009. Osobliwa mieszanka klasycznego rocka i bluesa z hip hopem, przyprawiona sporą dozą mrocznego, nieco grote­skowego nastroju, wydawała się wówczas świeża i ożywcza. Na Dodge And Burn dostajemy wszystko to, co już u kwartetu z Nashville słyszeliśmy i o efek­cie zaskoczenia nie może być mowy. Z drugiej strony jednak: gdyby artyści wraz z każdym nowym dziełem wymyślali proch, krytycy muzyczni prawdopodob­nie straciliby pracę (no bo do czego się tu odwołać/z czym to porównać/jak o tym mówić?), słuchacze zaś – oszaleli. Podobnie, jak w przypadku Sea Of Cowards, drugiego albumu grupy, niebezpieczne otarcie się o wtórność zostaje zrekompensowane dzięki jakości kompozycji. Weźmy choćby singlowe I Feel Love (Every Million Miles), Mile Markers z jungle’ową partią perkusji i znany od dawna Buzzkiller z tekstem por­tretującym Boga jako tytułowego „psuję” i sztywnia­ka. Słowa: Czy można chcieć czegoś więcej do szczęścia? mogą zabrzmieć jak pytanie retoryczne, odpowiem jednak: tak, tylko i wyłącznie dobrego nagłośnienia.

Nieco szkoda, że znacznie ograniczono udział ele­mentu mającego ogromny wpływ na dotychczasowe powodzenie grupy. Mam na myśli wokalne dialogi Mosshart i White’a. Pewien rodzaj nieuchwytnego, erotycznego napięcia, jakie wytwarzało się między tą dwójką, stał się jednym ze znaków rozpoznaw­czych The Dead Weather. Rough Detective, policyjne przesłuchanie przeradzające się w wojnę płci, oraz Three Dollar Hat, przypominające stary amerykań­ski gangsta rap (a zarazem… Tatę dilera KNŻ-tu), pozostawiają słuchacza z lekkim niedosytem. Nie ma jednak tego złego: wokalistka The Kills wciąż brzmi jak niepokorne dziecię Patti Smith i Grace Slick z Jefferson Airplane. A co najważniejsze: wszyscy ci wytatuowani i „groźni” frontmani prężący na scenie swoje bicepsy, mogliby jej pozazdrościć drapież­ności i energii. To między innymi dzięki Mosshart zespół odbija czasem od obranego wcześniej kursu. W Mile Markers partiom Fertity towarzyszą słodkie partie wokalne przywodzące na myśl Kim Deal i The Breeders. Warto wyróżnić także Impossible Winner, najbardziej zaskakujący utwór na płycie. To niemal broadwayowska ballada, która mogłaby znaleźć się w repertuarze Barbry Streisand. Wyśpiewywana przez Mosshart może i dezorientuje, pokazuje jed­nak, że zespół wciąż ma ochotę na poszukiwania.

Zwolenników innowacji razić może nabożne przywiązanie do metody „Fertita zagra mocny riff w stylu Jimmy’ego Page’a, Jack będzie się znęcał nad crashem i splashem, Lawrence włączy przester w basie, a Allison w tym czasie zmysłowo pozawodzi. I jakoś to będzie”. Zdarzają się też momenty, w których zespół opuszczają kompo­zytorskie moce. Znajome patenty, takie jak dialogi organowo brzmiących klawiszy i przesterowane­go basu (np. Open Up), próby przedefiniowania reggae (Lose The Right – ubogi krewny Cut Like a Buffalo) czy hendrixowskie solówki Fertity (Let Me Through) składają się w przypadku wymienio­nych utworów na całość, którą należałoby nazwać po prostu solidną. Nie zrozummy się jednak źle: nawet jedynie solidne piosenki wychodzące spod ręki muzyków tej klasy gwarantują poziom, o jakim większość może tylko pomarzyć. Z su­pergrupą White’a i spółki jest po prostu tak, jak to zwykle z zauroczeniami bywa: gdy widzimy po raz n-ty te same gesty i zachowania, trudno o ten sam zachwyt, co przy pierwszym spotkaniu. Nie wyklucza to jednak uczucia. 

Recenzja The Dead Weather - Dodge and Burn

Autor: Mateusz Witkowski
Komentarze - bądź pierwszy!
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
© 2013-2019 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group