terazmuzyka.pl
 
TAGI: deep purple

InFinite

"InFinite" to dwudziesty album weteranów rocka z Deep Purple, ale czy ostatni? Tego jeszcze nie wiemy. Na wydawnictwo złożyło się dziesięć utworów.

Wykonawca: Deep Purple


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 7 kwietnia 2017
Produkcja: Bob Ezrin
Wydawca: earMUSIC
Style: Hard Rock, Heavy Metal
Nasza ocena
Ocena społeczności 6.0
Oceniono na "10": 4 razy
Oceń -

W 2018 roku zespół Deep Purple obchodzić bę­dzie swoje 50-lecie. Jeśli połączyć to z nazwą rozpoczynającej się w maju trasy The Long Goodbye Tour i tytułem płyty InFinite, trzeba liczyć się z tym, że może to być ostatni studyjny premierowy materiał legendy hard rocka. Czas jest nieubłagany... Niemniej zamiast rozdzierać szaty, cieszmy się tym, że po Now What?! sprzed czterech lat (o którym to albumie już mówiło się jako o być może pożegnalnym) muzycy przygotowali kolejną pozycję.

Od razu zaznaczę: bardzo zaskakującą. Zwłaszcza właśnie na tle Now What?!, bo tamten album znacznie różnił się od wszystkich poprzednich dokonań składu z gitarzystą Steve’em Morse’em. Współpraca z produ­centem Bobem Ezrinem przyniosła wtedy potężne, klarowne, jasne brzmienie, dawkę patosu (nie liczę zwariowanej kompozycji Vincent Price i ostrego Hell To Pay), zwrot w stronę... tego klasycznego Deep Purple, z Ritchiem Blackmore’em. Piszę o tym dlatego, że naj­prościej byłoby Purplom wejść do studia, przywrócić poprzednie ustawienia sprzętu i nagrać bliźniaczy album (tym bardziej, że Now What?! zebrał bardzo przychylne recenzje). Tak się jednak nie stało – ale ten zespół nie zwykł chodzić na łatwiznę! Choć Paradise Bar, numer z epki z utworem Time For Bedlam, skąd­inąd miły riffowiec (cierpiący jednak na brak nośnego refrenu), mógł na to wskazywać...

InFinite różni się od poprzedniej płyty na wielu poziomach. Brzmienie jest mniej dostojne, mniej fanfarowe. Nie ma też równie wyraźnego czynnika „Morse’a gra prawie tak, jak zagrałby Blackmore”. Nie znaczy to wszakże, że Steve nadużywa technicznego wywijania (choć jego solówka w Birds Of Prey jest nader odjechana). Gitara nie jest jednak instrumen­tem, który rządzi na tym albumie. Wiele tu bowiem fragmentów, gdzie na pierwszym planie jest silny beat Iana Paice’a i na tym fundamencie jego koledzy zdają się budować całą kompozycję. Z tym że o ile do utworu Get Me Outta Here, z szybką melorecytacją raczej niż śpiewem Gillana, wciąż nie mogę się przekonać – jest nudnawy– o tyle ciekawie wypada to właśnie w Birds Of Prey, z ciężkim riffem, klawiszowymi kosmosami i – jakby dla kontrastu – niby-orkiestrowym finałem.

Drugim czynnikiem wyróżniającym InFinite są syn­tezatorowo brzmiące solówki Dona Aireya. Poza Hip Boots (którego gitarowo-organowy riff można uznać za najbardziej archetypowy fragment płyty) i Get Me Outta Here muzyk zdaje się dokładać wszelkich starań, aby było słychać, że NIE gra w stylu Jona Lorda. Czasa­mi przynosi to dyskusyjny efekt – zwłaszcza w dziwnej partii w All I’ve Got Is You (tej, która poprzedza wyko­nane klarownie i bez udziwnień solo Morse’a). Zdecy­dowanie na plus należy natomiast poczytać zagrywkę, którą Airey tworzy całą chwytliwość utworu One Night In Vegas, gdzie brak konwencjonalnego refrenu.

Ian Gillan... Śpiewa pewnie, tym bardziej zaskakiwać może, iż w pewnym momencie albumu pojawia się wiele – zbyt wiele – efektów nakładanych na jego partie (deklamacja w On Top Of The World, jedna z części Birds Of Prey). Zresztą właśnie od przetworzonej partii wokalnej cała płyta się zaczyna, taki bowiem jest wstęp Time For Bedlam. Ten ujawniony jako pierwszy, singlo­wy, wyborny numer ośmieliłem się już nazwać na tych łamach „Pictures Of Home” XXI wieku i zdanie to pod­trzymuję (a redakcji nie zasypała lawina protestów). Time For Bedlam ma dość szybkie tempo, rozmach, znakomicie buja, a przy tym Gillan napisał rewelacyjny tekst. Ssąc mleko z zatrutych państwowych sutków/ Stwo­rzonych wyraźnie po to, by tłumić każdą myśl o ucieczce/ Poddaję się przeznaczeniu – śpiewa. A na koniec znów recytacja: Po wiekach życia według osobistych przekonań/ Złamane palce zakleszczają się w murach mojego więzienia/ Uciekając przed szponami wiecznego potępienia.../ Byłem usprawiedliwiony. Wprowadzony na wysokości słowa eternal kościelny ton sygnalizuje sprawy ostateczne, a jednak nie ma w tym krzty melodramatyzmu, to raczej mrugnięcie do nas okiem.

Po Time For Bedlam następuje wspomniany, zdecy­dowanie riffowy Hip Boots (znacznie bardziej dopra­cowany niż na koncertach w 2015 roku) i przez sporą część płyty wrażenie jest takie, że postawili na szybsze tempa niż poprzednio. All I’ve Got Is You nabiera mocy począwszy od wstępu, kojarzącego się trochę z jazz rockiem, a trochę z introdukcją Cascades: Im Not Your Lover z Purpendicular. Jest także dość szybki i jak na tę ekipę poprockowy Johnny’s Band. Niemniej najwspa­nialszy fragment InFinite to najbardziej nietypowy utwór, The Surprising. Rzecz wyjątkowa: jak nigdy wcześniej w historii grupy Ian Paice swoimi potężnymi perkusyjnymi salwami intrygująco kieruje kompo­zycję na nowe tory. Zaczyna się balladowo, a później nastrój zmienia się kilka razy, tak, że na myśl przyszło mi Innuendo Queen (nie w znaczeniu podobieństwa poszczególnych partii, tylko generalnie – myślenia o utworze, tworzenia jego dramatyzmu). Zresztą kwintet zaskakuje tu także kodą ewidentnie w stylu rocka progresywnego. A zaśpiew Gillana come along with me (wspomnienie słów anioła, a następnie diabła) od pierwszej sekundy chwyta za serce. Podobnie jak nieczęste u Purpli drugie głosy.

I gdy czekamy na wielki finał, słychać harmonijkę... Roadhouse Blues, wersja przerabianego milion razy numeru The Doors. Wzbogacona o perkusyjny wstęp i solówki, ale generalnie w duchu oryginału. Przyznam, że tego nie rozumiem – najdłuższy tu utwór, a raczej nadający się na bonus...

Trzeba posłuchać InFinite. Dla fana – oczywiste, to jest kwestia ponadgwiazdkowa. Obiektywnie należy stwierdzić, że płyta ma fragmenty wspaniałe, znów wywołujące TĘ magię, choć szkoda, że także kilka momentów przeciętnych.

Recenzja Deep Purple - InFinite

Autor: Paweł Brzykcy
Obecna trasa Deep Purple ma być pożegnaniem z fanami – muzyk Deep Purple próbuje określić, kiedy legendarny zespół zakończy karierę.
 
Wokalista Deep Purple, tłumacząc tytuł nowej płyty, sięga wstecz aż do XIX wieku.
 
Ian Gillan, wokalista Deep Purple, opowiedział o idei stojącej za konceptem pożegnalnej trasy koncertowej.
 
Komentarze (16)
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
bogdan3020 dodano: 07.04.2017, 08:22 #1
Ocena
Szkoda bo płyta bardzo słaba. Nawet po długim czasie i polędwica się znudzi,
Pokaż odpowiedzi (5)
Saint57 dodano: 08.04.2017, 03:44 #7
???
Purple to Purple, podobnie jak The Rolling Stones. Niby co powinni zagrać ? Ja oczekuję od nich, że się nie zmienią. Dla mnie płyta więcej niż OK.
Lemmysomemoney dodano: 08.04.2017, 08:50 #8
Może być +
Płyta w duchu starych Purpli, bez specjalnych udziwnień, dziwi natomiast niemalże skopiowanie okładki od ... Devina Townsenda :D
Pokaż odpowiedzi (1)
Deter77 [84.10.***.***] dodano: 08.04.2017, 11:35 #10
Dobry album, nie rozczarowuje!
Outlaw [94.254.***.***] dodano: 08.04.2017, 21:32 #11
Zupełnie niezrozumiałe są porównania do utworów z lat 70-tych. To tak jakby porównywać samochody 40 letnie. Recenzja płyty nie polega na porównywaniu z utworów z tymi z czasów sprzed stanu wojennego. Obecne Purple gra wyborną muzykę, nieco inną, o wiele bardziej progresywną niż wcześniej. Do tego świetnie brzmiącą i widać, że jest to zespół który z tej muzyki się cieszy. Now What i Infite to dwie wyborne płyty
Friilin dodano: 09.04.2017, 23:10 #12
Fani to dziwne zwierzęta. Zawsze znajdą dziurę w całym. Jeśli album wnosi coś nowego to jest to zdrada kanonu, gatunku (ah oh!), a jeśli nagrany jest w starym stylu jak np. "13" Black Sabbath to jest to autoplagiat...

Yhm...
Album jest taki jak być powinien i cieszy mnie, że jednak większość kolegów przedmówców to zauważa... I nie kombinujcie już...

Pozdrawiam,
Friilin
Vampirro dodano: 10.04.2017, 08:55 #13
Mnie album nieco rozczarował. Time for Bedlam był bardzo obiecującym singlem, rozbudził mój apetyt. Niestety, całość nie spełnia oczekiwań. Po zapowiedziach naprawdę liczyłem na coś progresywnego (bo nie oczekuję już hard rockowych wymiataczy rodem z In Rock), a wyszło takie sobie (we większości) proste i luźne granie. Zupelnie nie rozumiem Roadhouse Blues - zespół tej klasy z coverem? Gdyby to jeszcze był bonus... W dodatku oryginał ma dużo więcej mocy, a został nagrany prawie 50 lat temu! Za to ciekawie brzmi ta recytacja w On the Top of the World, ale poza nią kawałek jest przeciętny i niczego nie wnosi.
Mocne strony albumu: Time for Bedlam, The Suprising (zdecydowanie najlepszy na płycie), zakończenie Birds of Pray. Warto też wspomnieć o bardzo dobrej produkcji (jakości dźwięku).
Podsumowując: jest luz, brak większych wpadek. Ni mniej, geniuszu też tu niewiele. Gdybym miał ją porównać do innych płyt, to najbliżej jej do Bananas - ten sam klimat.
Arti [83.16.***.***] dodano: 17.04.2017, 10:00 #14
A czy ktoś słuchał jej na winylu? bo nie wiem czy tylko u mnie można ją odtwarzać na 45 obrotach tak jak stare single?
Pokaż odpowiedzi (1)
Arti [83.16.***.***] dodano: 17.04.2017, 10:07 #16
A czy ktoś słuchał tej płyty na winylu? Czy tylko u mnie można jej słuchać na 45 obrotach jak stare single?
Komentarze (16 opinii) Skomentuj
© 2013-2019 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group