terazmuzyka.pl

Presence

Siódmą płytę Led Zeppelin "Presence" niemal w całości przygotował duet Jimmy Page - Robert Plant. Album nie zawiera nagrań akustycznych ani z udziałem instrumentów klawiszowych.

Wykonawca: Led Zeppelin


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 31 marca 1976
Produkcja: Jimmy Page
Wydawca: Swan Song
Style: Blues Rock, Hard Rock
Nasza ocena
Ocena społeczności 8.4
Oceniono na "10": 5 razy
Oceń -

Wydana w marcu 1976 roku siódma płyta Led Zeppelin powstawała w szczególnych okolicznościach. Robert Plant leczył urazy po samochodowym wypadku, którego doznał w wakacje poprzedniego roku na greckiej wyspie Rodos. Dochodząc do siebie w Malibu, w Kalifornii, przygotował z Jimmym Page’em na tyle dużo nowych utworów, że mogli rozpocząć próby w jednym z hollywoodzkich studiów. I tak na Presence znalazły się prawie wyłącznie utwory Page’a i Planta (wyjątek stanowi jedynie Royal Orleans, skomponowany przez całą czwórkę). Miesiąc prób i niespełna trzy tygodnie nagrywania materiału w Musicland Studios w Monachium nie były przyjemnym przeżyciem dla Planta. Nie dość, że przykuty był jeszcze do inwalidzkiego wózka, to mocno tęsknił za rodziną i na dodatek musiał walczyć z klaustrofobią (studio znajdowało się w podziemiach starego hotelu). Wiele lat później, w rozmowie z Chrisem Welchem, autorem książki o zespole, wspominał: Myślę, że mój wokal był dość cienki... Płytę uratowały „Candy Store Rock” i „Achilles Last Stand”. Szczególnie rytm był w nich mocno inspirujący.

I faktycznie, Achilles Last Stand jawi się jako największa muzyczna perła tej płyty. Dziesięć i pół minuty, zaczynające się od lekko wyciszonych dźwięków, ze świetnym, natychmiast zapadającym w pamięć riffem gitary, podpartym perkusyjno-basowym motywem... No i ten głos Planta (wcale nie brzmiący tu żałośnie), wyrzucającego z siebie kolejne linijki „mistycznego” tekstu, z których najważniejsze są chyba te: Oh to sail away to sandy lands and other days/ Oh to touch the dream hides inside and never seen... Ale także gitara Page’a robi tu bardzo wiele dobrego (solo w środkowej części Achillesa to jedno z tych ładniejszych w ogóle). Nagłe załamania rytmu i tempa, zaskakujące harmonie (jak te cudne zaśpiewy Planta na cztery minuty przed końcem!). To na pewno jedno z najważniejszych rockowych dokonań lat 70. Wspomniane przez wokalistę Candy Store Rock już takiego wrażenia nie robi, ba, wydaje się nawet najmniej ciekawym (przynajmniej z rockowego punktu widzenia) numerem z tej płyty. Zakręcony rytm boogie plus wokalne uniesienia a la rockabilly – na pewno nie tego fani Led Zeppelin najbardziej oczekiwali w 1976 roku od swego ukochanego zespołu. Podobnie ma się rzecz z Hots On For Nowhere (dość schematyczne, choć żywiołowe granie spod znaku bluesa, z prostym podśpiewywaniem w refrenie).

Na szczęście reszta materiału brzmi dużo lepiej. Choćby For Your Life, z tym nieco leniwym śpiewem pana Roberta na tle mocno statycznego i stylowego akompaniamentu. Albo Royal Orleans, z fajnie brzmiącym unisonem basu i gitary. Czy – może przede wszystkim – Nobody’s Fault But Mine, z trochę orientalnym klimatem, godny uwagi także za sprawą bluesującego sola harmonijki ustnej (Plant!) i gitarowego brzmienia bottleneck (znakomity Page). Kończy longplay ponad 9-minutowy numer Tea For One, z tekstem o samotności. Wystarczy napisać, że to ta sama półka co Since I’ve Been Loving You z „Trójki” i... wszystko jasne. Czasem wydaje się nawet, że gitarzysta Zeppelina używa dźwięków i motywów niemal pochodzących z tamtej wielkiej kompozycji. W niczym to jednak nie przeszkadza i brzmi doskonale. [2009]

Recenzja Led Zeppelin - Presence

Autor: Grzesiek Kszczotek
Czy ktoś uważa, że śpiew Roberta Planta na wczesnych płytach Led Zeppelin był okropny? Najwyraźniej jest taka osoba.
 
Komentarze - bądź pierwszy!
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
© 2013-2018 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group