terazmuzyka.pl

A Dramatic Turn of Events

"A Dramatic Turn of Events" to pierwszy album nagrany bez współzałożyciela zespołu Dream Theater, perkusisty Mike'a Portnoya.

Wykonawca: Dream Theater


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 12 września 2011
Produkcja: Roadrunner
Wydawca: John Petrucci
Style: Metal Progresywny, Rock Progresywny
Nasza ocena
Ocena społeczności 7.0
Oceń -

Dream Theater z zawieruchy związanej z rozstaniem z Mike’em Portnoyem wyszedł obronną ręką. Niezależnie od tego, jak ważną postacią był perkusista, A Dramatic Turn Of Events to płyta nie tylko na poziomie dotychczasowych dokonań zespołu, ale wręcz brzmiąca modelowo. Żeby nie powiedzieć klasycznie.

Po pierwszym zetknięciu się z nowymi utworami Dream Theater odniosłem wrażenie, że muzycy znowu przesunęli środek ciężkości w stronę dbałości o atrakcyjność melodii, nie zaś technicznych popisów. Owszem, można trafić na kompozycje w rodzaju Outcry, gdzie bardziej pozwolili sobie na zatracenie się w progmetalowych łamańcach. Lost Not Forgotten też do łatwych nie należy. Sporo wreszcie dzieje się w rozbudowanym, mocnym Breaking All Illusion. Jednak dzięki umiarowi ekscesy nie nużą. Tym bardziej, że same utwory nie od początku zdradzają, czego możemy się spodziewać dalej. Wspomniany Outcry rozwija się subtelnie. Część wokalna, z podniosłymi klawiszowymi chórami w tle, jest niczym spokój przed burzą. Kiedy jednak nadchodzi tornado, z pewnością jest to ten moment, kiedy każdy fan zespołu powie: Tak, to ciągle jest Dream Theater.

Chóralne brzmienia pojawiają się na tej płycie częściej. Słychać je już w otwierającym, też dość intensywnym On The Backs Of Angels. Dzięki linii melodycznej partii wokalnej już od pierwszego przesłuchania ma się wrażenie, jakbyśmy obcowali z jakąś klasyczną kompozycją formacji. Większą dbałość o wyrazistość melodii słychać także w riffach. Jak w Build Me Up, Break Me Down, kolejnym utworze o bardzo udanej, klasycznie brzmiącej linii wokalnej refrenu – ciekawie skontrastowanej z wykrzyczaną wstawką.

Z drugiej strony można tu trafić na taki utwór jak This Is The Life, w dużym stopniu oparty na dźwiękach gitary akustycznej i smyczkowych brzmieniach klawiszy. Subtelna, przestrzenna ballada jest jak antidotum po skomplikowanych, mocnych i złożonych utworach. Jeszcze bardziej nastrojowy jest finał płyty. Beneath The Surface to jakby kołysanka na pożegnanie.

Jeśli zaś chodzi o nowego muzyka zespołu, perkusistę Mike’a Manginiego... Wystarczy posłuchać jego szaleńczej gry w Lost Not Forgotten (czy naprawdę człowiek jest w stanie tak gęsto i precyzyjnie zagrać na talerzach?), by nabrać pewności, że wybór był ze wszech miar słuszny. Może narażę się jakiemuś ortodoksyjnemu fanowi, ale albumem A Dramatic Turn Of Events muzycy Dream Theater pokazali, że w tym zespole nie ma ludzi niezastąpionych. Choćby nie wiem, jak wielkimi byli osobowościami. [2011]

Recenzja Dream Theater - A Dramatic Turn of Events

Autor: Michał Kirmuć
Komentarze (2)
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
karol dodano: 03.12.2016, 20:42 #1
Zawód
Kilka ogólników ode mnie na temat ulubionego zespołu z przed lat.

Mike Portnoy postanowił zrobić sobie przerwę od macierzystego zespołu, mimo wszystko reszta składu w pośpiechu zdecydowała nie odchodzić od rutyny i odklepać (dosłownie) kolejny album. Ekspresowo zatrudniony perkusista po znajomości i już mamy jakże "nieoczywiście" zatytułowane kolejne dzieło Amerykanów.

Zdarza się, że takie rozpady w zespołach działają korzystnie na poziom kreatywności zespołu ( Fish i Marillion), w tym przypadku odejście (nie oszukujmy się) frontmana zaskutkowało chaosem w zespole. Moim zdaniem, od tej pory, z każdym kolejnym albumem zespół, czasami nazbyt, zajął się przysłowiowym zjadaniem własnego ogona - przypadłość jakże popularna wśród współczesnych zespołów imających się rocka / metalu progresywnego. Zbyt oczywiste, melodyjne nawiązania do początków działalności zespołu przeplatane z coraz to bardziej nachalnymi, bezsensownie powklejanymi efektami klawiszowymi Rudessa. Przerost formy nad treścią.

Z drugiej strony, Mike Portnoy, kiedyś mój artystyczny idol, tak bardzo próbuje pokazać wolność twórczą jakiej uzyskał po opuszczeniu Teatru. Kilka albumów studyjnych w ciągu roku w przeróżnych składach i nie kończące się trasy koncertowe. Nowe zespoły, kilka cover bandów czy reaktywaca jakże przeze mnie niegdyś gloryfikowanego Transatlantic, z ostatnim albumem "Kaleidoscope" zespół - genialna kolaboracja, zdecydował w jakże oczywisty sposób oddać ster w ręce Neala Morse'a, który bez skrupułów stworzył kolejnego "epickiego" molocha okrasanego spirtystycznymi tekstami i nadmiarem kiczowatej już epickości.

Kreatywność i pasja z jakich słynął Portnoy gdzieś się rozpłynęły, zostały odgrzewane kotlety, bez polotu, bez smaku.
Pokaż odpowiedzi (1)
© 2013-2019 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group