terazmuzyka.pl
Wywiady 1531V  
MICHAŁ KIRMUĆ | 1 grudnia 2012
W tym roku grupie Big Day stuknęło dwadzieścia lat. Nie planowała jednak żadnych obchodów. Jak mówi lider, Marcin Ciurapiński: Świętujemy wydając nowy album. Trzeba tu dodać: długo oczekiwany album, o znamiennym tytule – Nasza fala.

Powiedziałeś mi niedawno, że jednym z powodów, dla których kazaliście tak długo czekać na Naszą falę, były zmiany na stanowisku gitarzysty. Co było powodem, że z Big Dayem rozstał się Michał Bagiński, z którym nagrywaliście poprzedni album, Prawie proste piosenki?

Z Michałem było tak, że wybrał własną drogę. Stwierdził, że ma własny zespół i że trudno mu będzie działać na dwa fronty. Później próbowaliśmy grać z Marcinem Stanczewskim, ale pomimo tego że to bardzo dobry muzyk, nie dogadywaliśmy się. Zagraliśmy razem raptem kilka koncertów. A z Dawidem (Rakowskim, obecnym gitarzystą – przyp. mk) było tak, że postanowiliśmy wziąć kogoś, kto i tak już cztery lata jeździł z nami w busie i miło nam się razem przebywało. Bo był naszym technikiem gitarowym. Wiedzieliśmy, że dobrze gra na gitarze, że udziela lekcji i że słuchamy podobnej muzyki. I postanowiliśmy spróbować. Okazało się, że mimo sporej różnicy wieku między nami, współpraca układa się świetnie. Przede wszystkim w tym składzie nie ma żadnych napięć, bardzo dobrze się pracuje. Nagrywanie płyty szło gładko i do przodu. A to jest bardzo ważne. Jeżeli gra się już dwadzieścia lat w zespole, to pewien spokój ducha jest w dużej cenie. To też jest zdrowe dla twórczości.

Co twoim zdaniem Dawid wniósł do zespołu?

Jest bardzo osadzony w tym, co robimy. Koloryt jego gry jest zbliżony do gry Wojtka Olkowskiego, naszego pierwszego gitarzysty, choć technicznie są różni. Tu chodzi o klimat i o ducha. Zresztą nawet jeśli chodzi o jego zapatrywania na sprzęt i stosowanie gitarowych patentów, to myśli bardzo podobnie do nas.

Nowa płyta nosi tytuł Nasza fala. To jest oczywiście tytuł jednej z piosenek z tego albumu, ale chyba coś jeszcze sprawiło, że tak zdecydowaliście się zatytułować to wydawnictwo?

Chodzi o pewien przekaz. Coś jak z falą radiową czy falą mózgową. Chodzi o przekaz mentalny. „Nasza fala” czyli jak rozumiemy, czym jest Big Day… Chcemy, aby Big Day był zawsze rozpoznawalny. Ważne jest, że po tylu latach mamy własny styl, nadajemy na „naszej fali”.

Porozmawiajmy chwilę o nowych tekstach, których – tradycyjnie – jesteś jedynym autorem. Nie są specjalnie wesołe. Ostatni stróż cywilizacji na przykład ma katastroficzny wydźwięk.

Akurat ten numer jest trochę dekadencki. To takie mrugnięcie okiem – dotyczące przepowiedni „końca świata” w 2012 roku. Wszyscy mówią, że trzeba robić zapasy, bo będzie przebiegunowanie, zaleje nas jakaś fala itd. Jeśli się tak stanie, to się stanie – po prostu będzie koniec! Ale być może, gdy minie dzień wyznaczony przez Majów jako koniec świata, spojrzymy na wszystko z uśmiechem. I na pewno bardziej będziemy się cieszyć każdym następnym dniem... W kilku numerach z nowej płyty jest nutka nostalgii, co zresztą sporo osób zauważa. Big Day niekoniecznie był taki radosny i uśmiechnięty, jak mówili ci, którzy… nigdy nas nie słuchali uważnie. Bo nawet w piosenkach, które z pozoru są popowe i mają skoczną melodię, często mój tekst wcale nie jest taki uśmiechnięty jak melodia. To tak dla równowagi. I na tej płycie jest podobnie. Tekstowo jest wyważona: od tematów lekkich do takich, gdzie trzeba się troszeczkę zastanowić. Ja zresztą mam taki styl, że nie bardzo piszę wprost. Niektóre rzeczy okazują się zaskakujące nawet dla mnie. Po jakimś czasie, wykonując dany tekst na koncercie, myślę już o czymś zupełnie innym. Określone wersy nabierają w głowie zupełnie innego sensu. Tak jest na przykład z W świetle i we mgle, który… co roku znaczy dla mnie zupełnie coś innego! Myślę, że to jest fajne, bo daje słuchaczowi możliwość pofolgowania własnej fantazji. A poza tym nie ma jakiejś jednej, słusznej interpretacji – co może byłoby irytujące.

Gdzie szukasz inspiracji do swoich tekstów?

Wiem, że niektórzy w tym celu bezpośrednio przed tworzeniem starają się słuchać jakiegoś innego artysty czy czytają wiersze, opowiadania itd. Ja staram się tego nie robić, aby uniknąć mimowolnego kopiowania. Bo oczywiście tak też można robić… Zdarzyło mi się odkryć w kilku polskich piosenkach całe wersy zaczerpnięte z tekstów anglosaskich zespołów, które kiedyś słyszałem. Ja staram się, aby to było od początku do końca moje. Przede wszystkim nie chcę tego robić na „trzy, cztery”. Na zasadzie: jest muzyka i za pięć minut musi być tekst! Dodam też, że próbowałem pisać dla innych muzyków, ale nigdy mi to nie wychodziło…. Bo to zawsze było na zamówienie, na termin. A ja nie jestem w stanie czegoś takiego zrobić. Moje teksty są na tyle intymne, że zawierają jakąś część mnie. Więc jak siadam, muszę naprawdę mieć wenę. Czasami bywa tak, że piosenka czeka pół roku na tekst! Ale bywa też, że muzyka i słowa w naturalny sposób powstają równolegle... Tym razem dłużej na tekst czekały właśnie Nasza fala, Zastyga świat czy Piosenka o trzech tytułach. Z kolei jeśli chodzi o te bardziej rock’n’rollowe kawałki, jak Ostatni stróż cywilizacji czy Nie mówi mi jak, pomysł na riff rodził się w głowie już ze słowami. Natomiast bardzo długo czekał na tekst numer Czas dla ciebie. Chciałem, aby to była bardzo prosta, popowa piosenka, żeby nie miała zbyt dużego ciężaru gatunkowego. Nawet tacy artyści jak Bob Dylan czy John Lennon nie pisali przez cały czas tekstów-cegieł. To często były piosenki, które miały jakąś poetycką lekkość. I ja jestem bliski takiej postawy.

Wspomniałeś o utworze Czas dla ciebie. Porozmawiajmy może o jego aranżacji. Zwracają tu uwagę brzmienia instrumentów dętych...

My już korzystaliśmy z tego patentu. Chociażby w piosence W dzień gorącego lata były „trąby”. Jeśli chodzi o Czas dla ciebie, to właśnie zaczęło się od tego pomysłu na riff, na te trąbki. I do tego dobudowałem całą resztę. Od czasu do czasu myślę, że warto wprowadzać takie patenty, dla urozmaicenia. A skąd inspiracja? Źródła inspiracji zaczęły się pojawiać jakieś pięćdziesiąt lat temu, gdy Presley kończył, a Beatlesi zaczynali. Wtedy zmieniała się cała studyjna technologia, całe myślenie o muzyce. Ja zresztą jestem fanem starej muzy. Takiej, która przetrwała dotąd i przetrwa kolejne pokolenia. Beatlesi, Stonesi, Zeppelini... Jestem też fanem The Who, a z późniejszych artystów The Stone Roses, Paula Wellera i Oasis. Za tych wykonawców dam się pokroić.

Słuchając muzyki Big Daya nie da się nie zauważyć, że echa przeszłości – przede wszystkim lat 60. – są gdzieś tam obecne przez cały czas... Nie dostrzegasz żadnych interesujących nowości?

No, dostrzegam! Wiesz, co ja lubię w The Who, The Jam czy Oasis? To, że to są normalne chłopaki z robotniczych rodzin. Którzy wyrwali się z zamkniętego kręgu, chwycili za gitary i zrobili coś szczerego i prawdziwego. Ja wiem, że jest jeszcze milion innych zespołów i słucham ich! Ale wymieniłem tych, którzy są dla mnie bardziej znaczący niż reszta, bardziej prawdziwi. Ale oczywiście słucham też nowszych rzeczy. Ostatnio – The Black Keys.

Pozostając przy brzmieniowych smaczkach: w utworze tytułowym pojawia się ciekawy temat syntezatora...

Tak, taki arpeggiator, który przewija się nieregularnie przez cały numer. Ponieważ ja to produkowałem, przy miksowaniu stwierdziłem, że fajnie by było, aby coś takiego się zadziało. Siedziałem z syntezatorem i szukałem brzmienia. Pojawiło się to, zagrałem, pokazałem potem Ani (Zalewska-Ciurapińska, wokalistka Big Daya – przyp. mk), którą powiedziała: Fajnie, zostaw to. I tak zostało. Podobnie jak szum, który gdzieś tam się pojawia. To była partia grana do refrenu, ale znalazłem właśnie taką barwę szumu. Wyszło to o tyle fajnie, że brzmi jak dziki sygnał radiowy, po którym nic już nie ma... To wszystko dodaje tajemniczości temu utworowi.

Muszę powiedzieć, że wolę na tej płycie mocniejsze, bardziej rockowe utwory. Jak wspomniany Ostatni stróż cywilizacji, Nie mówi mi jak czy Dobrze nas pozmienia świat... Co sprawia, że czasami decydujecie się na takie brzmienie?

Wszystko zaczyna się od tego, że siadamy z Anią w domu, z gitarą i próbujemy wykonywać różne rzeczy. Jeśli coś nam wychodzi, nagrywamy to na dyktafon. Przesłuchujemy na drugi dzień – czasami jest już jakiś tekst, czasami nie. Jeśli nam się podoba, idziemy na próbę zespołu i staram się wyobrazić sobie, jak bym to chciał usłyszeć w studiu. Jako producent – jakie bym chciał bębny, w jakim mniej więcej widział to tempie, jakiej tonacji itd. I na próbie staramy się testować kawałek w różnych wersjach. Wszystko więc powstaje na takiej zasadzie, spontanicznie. I próbujemy, aż wyjdzie nam coś, co sprawi, że wszystkie buzie są uśmiechnięte. Potem następuje już praca stricte produkcyjna. A co sprawia, że niektóre utwory są mocniejsze? Wszystko zależy od chwili. Czasami jest tak, że potrzebujesz wybuchnąć, a czasami nie.

Mówisz, że wszystko zaczyna się od grania w domu na gitarze. Mam wrażenie, że Zastyga świat niewiele zmienił się od tego etapu. Mam rację?

Nagraliśmy do tego taką dyktafonową demówkę i stwierdziliśmy, że fajnie by było, aby może gitary zabrzmiały nieco masywniej, ale aby to był wciąż intymny, bliski numer... I w tym jednym utworze jestem tylko ja i Ania. Zdecydowaliśmy, aby go tak zostawić. Reszta zespołu też stwierdziła: nic nie dogrywamy! To jest ciekawe o tyle, że – jak sobie przypominam – na wszystkich płytach Big Daya, we wszystkich utworach zawsze był pełny skład. A tu w końcu jest inaczej. Zresztą „inaczej” jest też w Cztery razy mimo. Do tej pory przecież nie nagrywaliśmy takich akustycznych rzeczy. W tym numerze jest ten ciężki bęben, który taktuje. Ale to nie jest stopa, tylko baraban z orkiestry podwórkowej! Zresztą na tej płycie nie ma też przeszkadzajek z automatu. Wszystko, co słychać, nagrał nasz perkusista (Zbigniew Chrzanowski – przyp. mk). Dużo dał z siebie na tej płycie.

Nie da się ukryć, że czasy dla muzyków są coraz trudniejsze. Coraz gorzej z koncertami, płyty już nie sprzedają się tak, jak parę lat temu. Jak wam się udaje funkcjonować?

Wiesz, chwilę po tym jak ja i Ania zostaliśmy parą, powstał Big Day. I praktycznie całe nasze dorosłe, wspólne życie wygląda tak, że zespół jest jego integralną częścią… Żadne z nas nie wie, jakby było, gdyby było inaczej. Trudno spojrzeć nam na to z jakiegoś dystansu... Choć, oczywiście, życie muzyków w tym kraju łatwe nie jest. My mamy to szczęście, że pomimo bycia na rynku „muzycznymi outsiderami”, jesteśmy bardzo silnie grani w rozgłośniach radiowych – i to nie tylko dzięki W dzień gorącego lata. Ja mam hobby w postaci swojego studia, co pozwala wypełniać czas, kiedy niewiele się dzieje. A przede wszystkim ja i Ania mamy siebie i to pozwalało nam przetrwać trudne chwile przez tych 20 lat Big Daya. Do wyniku Stonesów nam jeszcze trochę brakuje, ale kto wie?

Tekst ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z grudnia 2012 (118)

tagi:
Zobacz także
Newsy 102V  
0

Wznowienia czterech płyt Dio już w marcu [FOTO]

rf | fot. Adam Bielawski | 29 stycznia 2020
© 2013-2020 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group