terazmuzyka.pl
Artykuły 296V  
jor | mg | 31 października 2018

W naszym redakcyjnym plebiscycie „Najbardziej niedocenione płyty polskiego rocka” bezapelacyjnie zwyciężył debiutancki album grupy Kobong z 1995 roku. Ten i drugi album formacji, Chmury nie było z 1997, zawierały muzykę wizjonerską, na wskroś oryginalną, wyprzedzającą światowe trendy. Dziś, po dwóch dekadach, są ponownie dostępne w oficjalnej dystrybucji. Nareszcie!

Jak na zespół grający bardzo skompliko­waną i wymagającą technicznie muzykę, Kobong miał zaskakującą genezę. Jedynie (nieżyjący już dziś) gitarzysta Robert Sadowski miał bogate doświadcze­nie muzyczne – w 1993 roku, w początkach Kobonga wciąż grał w legendarnym Houku, wcześniej związa­ny był z Madame i z Deuterem. Reszta składu – sekcja rytmiczna basista Bogdan Kondracki (także wokali­sta) i perkusista Wojciech Szymański – w zasadzie do­piero zaczynała karierę. Ja grałem w kilku zespołach, jak Roslau czy Szerszenie, Wojtek też, szczególnie pamiętam jego Ziben 777, ale to, co robiliśmy, nie mogło się równać z dużymi dokonaniami Sadka – przyznaje Kondracki. Sadek był człowiekiem, który nie wykłada wszystkich kart na stół. Byłem ciekawy, co w nim drzemie, miał w sobie jakąś tajemnicę, szczerze mówiąc pozostał dla mnie trochę tajemnicą do końca.

W 1994 roku skład uzupełnił gitarzysta, Maciej Miechowicz, absolwent ASP który... w zasadzie nawet nie był gitarzystą, tylko, jak mówi trochę sobie pogrywał. Muzycy poznali się za pośrednictwem ciotecznego brata Wojtka Szymańskiego – Roberta Kocjana, również absolwenta ASP, który później zadbał o intry­gującą oprawę graficzną debiutu grupy.

Członkowie Kobonga dziś niechętnie przyznają się do konkretnych rockowych inspiracji muzycznych. I nie ma co się dziwić – Kobong od samego początku zakładał tworzenie muzyki oryginalnej, o intelektual­nym zabarwieniu. Byliśmy młodzi, ambitni, przekonani, że stworzymy muzykę jakiej nie słyszał świat – deklaruje Bogdan. Okazało się też, że drzemie w nas mnóstwo złości, jakiegoś wkurwu. To o tyle zaskakujące, że nie lubiliśmy metalu... Sadek wychował się na klasyce rocka, uwielbiał Hendrixa, Wojtek na jazzie i hipisowskiej psychodelii, ja na punku i new wave. Ten aspekt intelektualny wziął się pewnie stąd, że wprowadzaliśmy polirytmię i atonalność, ale każdy, kto był na naszym koncercie wie, że ze sceny szła dawka prawdziwej energii. Podpytywany o wykonaw­ców takich, jak King Crimson, Primus czy Faith No More, odpowiada: Wiadomo, słuchaliśmy mnóstwa muzyki z różnych gatunków i lubiliśmy obserwować, jak ludzie muzycznie kombinują. Co do inspiracji, to mogę się przyznać do Igora Strawińskiego. Pamiętam, jak mnie i Wojtka wgniotło w ziemię „Święto wiosny”. Jest tam taki moment, gdzie werbel gra piękną polirytmię z pozostałymi instrumentami, no i te dęciaki, czad. Maciej Miechowicz dodaje: U nas panowała taka zasada, że jeśli nowy utwór zaczynał coś przypominać, to albo lądował w śmietniku, albo był gruntownie przerabiany.

Kobong o oryginalność zadbał także w warstwie tekstowej. Przytoczmy krótkie słowa do Taka tuka: Aż w końcu nadchodzi ten dzień, kiedy trzeba urwać sobie głowę, i trzymać ją mocno zaciśniętą pięścią, żeby uwierzyli…

Wszystkie teksty napisał Wojtek Szymański – opowia­da Bogdan. Nie zakładaliśmy, że mają być radykalne, ale on okazał się radykałem największym z nas wszystkich. Ta muzyka wymagała mocnych słów, a Wojtek się w tym znakomicie odnalazł. Twórcami muzyki byli natomiast wszyscy członkowie zespołu. Bogdan Kondracki: Większość utworów na pierwszej płycie powstała w ten sposób, że najpierw była sekcja rytmiczna, bas i bębny, oraz szczątki wokali, potem wjeżdżał Sadek z gitarami dodając swój kosmos, a na końcu Maciek, któremu na po­czątku pomagaliśmy z układaniem jego partii, ale szybko się uczył i wdrażał. Zdecydowanie każdy miał swój wkład.

W 1994 roku Kobong zaczął koncertować. I właśnie podczas jednego z wczesnych koncertów muzyką  grupy zachwycił się najsłynniejszy ówczesny polski pro­ducent i realizator, Leszek Kamiński. Z miejsca zapropo­nował zespołowi nagrania w legen­darnym studiu S-4, choć muzycy w tym czasie nawet o płycie nie myśleli. Nie zastanawialiśmy się co by było, gdyby było, nie zdążyliśmy mieć planu B, bo wypalił plan A – mówi ze śmiechem Bogdan. Pojawił się wspaniały realizator, mogliśmy pracować w świetnym studiu nagrań, to było niezapomniane przeżycie. Dlatego wcześniej Wojtek, a później też Maciek narzucali katorżniczy tryb pracy, próba codziennie, czasami po wiele godzin. Nagrywa­liśmy na setkę – nie wyobrażaliśmy sobie tego inaczej. Oczywiście było po kilka podejść do każdego utworu, zwykle wybieraliśmy trzecie lub czwarte.

W połowie lat 90. na budującym się w zasadzie od podstaw polskim rynku muzycznym prym zaczęli wieść wielcy, zachodni gracze. Wydaniem pierwszej płyty Kobonga zainteresowała się między innym firma BMG, jednak podpisanie umowy nie doszło do skutku. Bogdan: Przedstawili nam warunek wydania płyty: musi być ballada. Argumentowali, że Metallica tak zrobiła. Dla nas to nie był żaden argument, poza tym nie przepadaliśmy za Metalliką. Pamiętam jak ludzie z BMG przyjechali na próbę, to był pan Roman Rogowiecki i ktoś jeszcze, i stali za ścianą w pomieszczeniu obok, bo według nich tam „było lepiej słychać”. Zagraliśmy im utwór „Trzcinki”, który uważaliśmy za balladę. No cóż, bardzo szybko się zwinęli. Mieliśmy już nagraną płytę i bardzo wysokie rachunki za studio do zapłacenia, ale nie było wydawcy. Pomocną dłoń wyciągnęła firma Izabelin Studio, należąca wówczas do PolyGramu: Pani Katarzyna Kanclerz zabłądziła na koncert Biohazardu i odkryła, że ciężka muzyka może zgromadzić tłumy. Ktoś jej powiedział, że jest taki Kobong, który szuka wydawcy i przyjechała do studia. Z zespołu byłem tylko ja, Leszek Kamiński odpalił gotową płytę, dosyć głośno. Uczciwie wysłuchała od początku do końca nie ruszając się z miej­sca, na koniec wstała i powiedziała: „Wydamy to”.

Album Kobong spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem recenzentów, były nominacje do Fryde­ryków, muzyka była emitowana w telewizji, koncerty wypadały świetnie, a do zwanej „kobongownią” sali prób zaczęło przychodzić coraz więcej nowych osób, co dla muzyków było najlepszą miarą sukcesu. Kiedyś ktoś zasnął pod głośnikiem, mimo ekstremalnego hałasu – mówi ze śmiechem Bogdan. Jednak komunikacja z wydawcą okazała się coraz trudniejsza. Prawda jest taka, że nasza muzyka była trudna do sprzedania, a firma nie za bardzo miała pomysł, co z nami zrobić. W moim odczuciu na początku się starali, potem było trochę gorzej. Jurek Owsiak powiedział kiedyś, że po emisji Kobonga w telewizji rozdzwonił się telefon z falą obelg i skarg. Dla wytwórni to katastrofa!

Kierunek, jaki zespół obrał na drugiej i, jak się wkrótce okazało, ostatniej swojej płycie, Chmury nie było, muzycznie był... jeszcze bardziej radykalny niż na debiucie. Dążyliśmy moim zdaniem do przekroczenia wszelkich granic, tak, żeby nie było sensu nagrywać już trzeciej płyty, bo bardziej pokomplikować muzyki się już nie da, przynajmniej w naszym odczuciu – stwierdza Kondracki. W atmosferze konfliktu kontrakt z grupą zerwał PolyGram, Chmurę ostatecznie wydała w 1997 roku wytwórnia Metal Mind Productions. A Ko­bong... rozpadł się dwa lata później. Zaważyły różnice personalne (Wojtek narzucał olbrzymią dyscyplinę pra­cy, Robert natomiast był wolnym ptakiem, któremu nie można było nic narzucić – mówi Bogdan) i artystyczne (mieliśmy różną wizję kierunku, w którym powinna pójść nasza muzyka).

Muzyczną drogę Kobonga kontynuował zespół Neuma, w którym Bogdan, Maciej i Wojciech grali razem. A spuścizna zespołu – wyprzedającego swoje czasy, oryginalnego na skalę światową – zaczęła obrastać legendą. Sprzyjał temu fakt, że debiutancki album od czasu swej premiery w 1995 roku nigdy nie doczekał się reedycji (Chmury nie było miało jedną – w 2003 roku). Do niedawna albumy te były na por­talach akcyjnych wyceniane odpowiednio na 1000 i 500 złotych. Do niedawna, albowiem tej jesieni obie płyty w końcu doczekały się pięknych wznowień przygotowanych przez firmę Universal, od 1999 roku właściciela katalogu PolyGramu.

Reedycja 2018

Dlaczego na wznowienie debiutanckiej płyty Kobonga musieliśmy czekać aż 23 lata? Zawierając umowę z wydawcą podpisaliśmy stan­dardowy kontrakt proponowany wszystkim młodym zespołom, który zakładał, że zespół zrzeka się wszelkich możliwych praw do swojej płyty – ona po prostu nie należy do nas – mówi Maciej Miechowicz. Trzykrot­nie w ciągu kilkunastu lat zgłaszałem się do Universalu z propozycją reedycji, za każdym razem jednak proponowano mi jedynie wykupienie licencji – pojawiła się kwota 60 tysięcy złotych, która była całkowicie poza moim zasięgiem. Sytuacja zmieniła się dopiero ostatnio, kiedy pracująca w Universalu Gosia Taklińska, która zawsze ceniła Kobonga, trafiła na internetowe forum, z którego dowiedziała się, że pierwsza płyta osiąga na aukcjach cenę tysiąca złotych. Rzuciła propozycję oficjalnego wznowie­nia i spotkała się z szerokim i entuzjastycznym odzewem. I to ona zdołała namówić szefostwo firmy do zajęcia się tym tematem.

Dzięki odnalezieniu taśm DAT z oryginalnymi miksami muzykę można było od podstaw poddać nowemu, współczesnemu masteringowi. Brzmi teraz zdecydowanie lepiej, dużo bardziej nowocześnie – cieszy się Mie­chowicz. To jednak nie wszystko! Wznowiony album ma także bonusowy dysk, z rejestracją godzinnego koncertu, który Kobong dał jeszcze przed premierą płyty, w 1994 roku w warszawskim klubie Remont. Koncert był nagrany na 16-ścieżkowym magnetofonie i został zmiksowany w latach 90., jednak miks ten był fatalny – Bogdan i Wojtek byli przeciwni wyda­niu go – opowiada Maciej. Z tego powodu groziło zerwanie kontraktu z Universalem, ale w ostatniej chwili znalazły się oryginalne, 16-śladowe taśmy (dopomogły media społecznościowe), które udało się zgrać na twardy dysk. Maciej: Sypały się, kleiły tak, że magnetofon się zatrzymywał – zwalniały, fałszowały. I niemal cudem zostały profesjonalnie zmiksowane (Niektóre ścieżki perkusji były kompletnie nieczytelne, Adam Toczko powiedział, że do odtworzenia ich musiał użyć technik... kryminalistycznych). Wzbogacony pierwszy album Kobonga w efektownej i przywołującej ducha oryginału oprawie graficznej (ilustracja na frontowej stronie okładki została tylko nieznacznie poszerzona) od końca września jest już w sklepach. Pod koniec października pojawiła się w nich również płyta Chmury nie było.

Jordan Babula
Tekst ukazał się w Teraz Rocku z listopada 2018

tagi: kobong
Komentarze - bądź pierwszy!
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
Zobacz także
Newsy 208V  
2

Iggy Pop singlem zapowiedział nowy studyjny album [AUDIO]

mg | fot. Alex Const | 18 lipca 2019
Newsy 105V  
Newsy 928V  
13

Jack White wskazuje zespoły, które są nadzieją rocka

rf | fot. David James Swanson | 17 lipca 2019
© 2013-2019 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group