Nasze „Wydanie Specjalne” w całości poświęcone rockowi progresywnemu wciąż jest dostępne w naszym internetowym sklepie.
„Wydanie Specjalne: 100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” to subiektywne, przygotowane przez redakcję „Teraz Rocka” zestawienie najważniejszych albumów w historii szeroko rozumianego rocka progresywnego.
Płyty ponadczasowe, płyty kultowe, płyty które odniosły gigantyczny sukces komercyjny, a także takie docenione tylko przez progrockową niszę. To wszystko wydane na świetnej jakości papierze i w doskonałej oprawie graficznej, na 148 stronach.
„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!
Poniżej zestawienie z miejscami 10-6.
10: MARILLION Fugazi (1984)
Już pierwszy utwór, Assassing, przekonuje, że mamy do czynienia z dziełem wyjątkowym. Zaczyna się od dźwięków nieco folkowych, przypominających celtyckie góralskie zaśpiewy. Wiele ze spokojniejszych fragmentów płyt „Script” i „Fugazi” zainspirowała angielska muzyka ludowa – zauważał Fish na łamach „Tylko Rocka” w 1995. Assassing spokojnym utworem nazwać jednak nie można. Oparty jest na wyrazistym, marszowym rytmie, przypominającym Turn It On Again Genesis, a melodia zainspirowana została muzyką świata islamu. Stąd pewnie tytułowy asasyn, czyli arabski zabójca, choć tutaj jest to zabójca raczej liryczny, z językiem podkutym elokwencją. W 1993 Fish mówił o tekstowej zawartości Fugazi w „Tylko Rocku”: Pod względem literackim trochę pretensjonalna, język jest zbyt kwiecisty. Być może miał na myśli właśnie Assassing. Ale mnie ten przeszarżowany nieco język nie przeszkadza. Ktoś mówił o skomplikowanych strukturach rytmicznych? No to mamy Punch & Judy w rytmie na 7/8. Rozedrgany motyw klawiszy, świetna pulsująca partia basu, no i znów wspaniale, aktorsko śpiewający Ryba. Tekst dotyczy blasków i cieni małżeństwa, z naciskiem na te drugie: Kto zgubił zakrętkę od pasty do zębów? Kto zapomniał spuścić wody? Zabierz te przepocone skarpety i nie łaź po umytej podłodze. Wokalista tak go komentował w książeczce do kompaktowej reedycji płyty: Dotyczy mojej paranoi na punkcie zaangażowania w relację. To moja wizja małżeńskiego piekła, w którym partnerzy obwiniają się za swoje niepowodzenia.
Spokojniejszy, balladowy Jigsaw to znów jakaś reminiscencja Genesis, z okolic The Cinema Show. Wspaniałą solówkę gitarową gra tutaj Steve Rothery, a Fish serwuje wspaniały, emocjonalny refren. Sporo genesisowania w starym stylu jest też w Emerald Lies, chociaż ten wyrafinowany numer trochę blednie w porównaniu z olśniewającą stroną B winyla.
MACIEJ KOPROWICZ
9: TOOL Lateralus (2001)
Zespół złożony jest z erudytów, znawców sztuki (cenią m.in. twórczość polskiego rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego), filozofii, nie stroniących od ezoteryki, ale i naukowego konkretu. Szczególnie dotyczyło to perkusisty, Danny’ego Careya, który powiązał na przykład basowy motyw kolegi w utworze tytułowym: takt na dziewięć, takt na osiem i takt na siedem, z tym, że 987 jest dwunastym stopniem ciągu Fibonacciego, sekwencji matematycznej.
Niektóre z partii wokalnych wprost nawiązywały do klasycznego prog rocka, choćby The Patient, w którym harmonie wokalne mogły się kojarzyć z Yes. Podobnie jak na płytach gigantów stylu utwory układały się czasem w jakąś całość, minisuity (Disposition-Reflection-Triad). Wzorem dawnych mistrzów zadbano też o niestandardową oprawę graficzną. Zamiast normalnej książeczki pojawiła się folia z kilkoma przezroczystymi warstwami, na które nadrukowano fazy anatomicznego przekroju ciała człowieka. Pomysł wyszedł od gitarzysty Adama Jonesa (pracował jako specjalista od efektów w filmach), zrealizował go artysta wizualny Alex Grey.
Wymagająca muzyka nie przeszkodziła w osiągnięciu komercyjnego sukcesu. Lateralus pokrył się w Stanach Zjednoczonych trzykrotną platyną, również w Polsce trafił na szczyt notowania sprzedaży, wypierając Depeche Mode czy Ich Troje.
BARTEK KOZICZYŃSKI
8: PORCUPINE TREE In Absentia (2002)
Choć In Absentia nie jest concept albumem, ma swój motyw przewodni, o którym Steven Wilson tak opowiadał na łamach „Teraz Rocka”: Teksty na tej płycie są bardzo mroczne, traktują o ludziach, którzy znaleźli się na krawędzi szaleństwa. Wiele tu utworów o seryjnych mordercach, gwałcicielach, pedofilach, facetach bijących żony… Ludzie ci mają w sobie wściekłość, która trawi ich od środka. I dodawał: Stawiam na płycie pytanie, co sprawiło, że stali się ludźmi niezrównoważonymi i popieprzonymi? Dlaczego nie są zdolni do empatii? Tytuł „In Absentia” mówi, że czegoś im brakuje, że mają w sobie czarną dziurę, że ich duszę trawi rak.
Wobec powyższego można pomyśleć, że In Absentia to płyta pełna metalowego zgiełku, ale tak nie jest. To nadal, jak na kilku wcześniejszych albumach, zwłaszcza w części głównej, przede wszystkim piękne piosenki, urozmaicone intrygującymi wstępami, zakończeniami czy interludiami, czasem właśnie o metalowej mocy ( jak w Blackest Eyes, Trains, Gravity Eyelids czy Prodigal), kunsztownie i barwnie opracowane (z użyciem gitar akustycznych – obok elektrycznych, fortepianu, organów Hammonda, melotronu i syntezatora), z wyrafinowanymi grupowymi partiami wokalnymi, niekiedy w stylu bliskim Yes ( jak w Lips Of Ashes). Zwłaszcza niektóre z nich, mimo melodycznej urody, intrygują mroczną, niepokojącą atmosferą – zasugerowaną przez teksty. Jeszcze więcej tej nerwowości wprowadził zespół do utworów końcowych, o nowocześniejszej fakturze, niekiedy z elementami funku czy jazzu i z metalowymi kulminacjami (.3, The Creator Has A Mastertape, Strip The Soul i Wedding Nails z intrygującym ambientowym zakończeniem). Całość wieńczy podniosły finał z fortepianem i orkiestrą (Collapse The Light Into Earth, mający w sobie coś ze stylu Radiohead).
ROBERT FILIPOWSKI
7: JETHRO TULL Thick As A Brick (1972)
„Thick As A Brick” to dla mnie jedna z najważniejszych płyt – podkreślał w rozmowie z „Teraz Rockiem” Ian Anderson, lider Jethro Tull, wokalista i multiinstrumentalista (przede wszystkim flecista!). Była próbą stworzenia czegoś, co muzycznie, formalnie byłoby czymś zupełnie innym niż wszystko, czego dokonaliśmy wcześniej.
Utworzona na początku 1967 roku w Londynie grupa (ale wywodząca się z innej, działającej od kilku lat w Blackpool), zaczynała, na pierwszej płycie, This Was z 1968, od blues rocka z domieszką jazzu. Ale już na następnych, Stand Up z 1969, Benefit z 1970 i Aqualung z 1971, zwróciła się ku muzyce bardziej eklektycznej, czerpiącej z różnych tradycji i epok, nasyconej elementami folku czy muzyki dawnej ( jak w Bourée – wariacjach na temat Bacha z partią lutni w wykonaniu fletu), bez wątpienia zasługującej na miano rocka progresywnego. A jednak Andersona bolała taka klasyfikacja jego dokonań, zwłaszcza gdy dziennikarze uznali Aqualung za pretensjonalny progresywny concept album.
Urzekająca przejrzystością i zwartością konstrukcji, różnorodnością faktury, złożonością struktury rytmicznej suita Thick As A Brick powstała z wariacyjnych przekształceń charakterystycznych dla zespołu motywów, melodii i piosenek, od nacechowanych rockową mocą przez pełne jazzowej swady po subtelnie nasycone folkową aurą. Warto dodać, że w aranżacji wykorzystano wiele instrumentów, nawet takich, których zespół dotychczas nie wykorzystywał, np. Anderson po raz pierwszy zagrał na skrzypcach, saksofonie i trąbce, gitarzysta Martin Barre na lutni, a klawiszowiec John Evan na klawesynie. A całość zachwyca tym bardziej, że nagrania dokonano właściwie na żywo: grupa wykonała tę trudną muzykę, pełną zawiłości i pułapek, chociażby w warstwie rytmicznej, od początku do końca, jak na koncercie, może też dlatego tak bardzo zachwyca werwą i lekkością wykonania.
WIESŁAW WEISS
6: RUSH 2112 (1976)
Wydany w marcu 1976 roku czwarty album Rush, 2112, okazał się przełomowy i w zasadzie uratował karierę grupy, bo przez kilka lat nie mogła się rozkręcić. Geddy tak to wspominał w 1996 roku na łamach „Tylko Rocka”: Na każdym kroku spotykaliśmy się z nastawieniem przerażająco negatywnym – ze strony managementu, wytwórni płytowej i agencji koncertowych. Graliśmy wtedy głównie w maleńkich klubach, a jeśli nawet w większych salach to wyłącznie jako przedgrupa. To wszystko było bardzo przygnębiające. Nie potrafiliśmy wykrzesać z siebie pozytywnej energii. Znikąd nie słyszeliśmy ani jednego słowa zachęty, czegoś w rodzaju: „Dobra robota” albo „Zagrajcie jeszcze coś”. Zaczęliśmy więc zadawać sobie pytanie, czy warto to ciągnąć. No i pojawiła się myśl, że może lepiej się rozstać.
Strona A albumu w wydaniu winylowym to tytułowa dwudziestominutowa rock opera w siedmiu odsłonach, z uwerturą i wielkim finałem, z powracającymi motywami. Pełną rockowej mocy i pędu Overture otwierają kosmiczne syntezatorowe dźwięki (na syntezatorze ARP Odyssey zagrał Hugh Syme, przyjaciel muzyków i autor tej oraz wielu innych okładek Rush), a kończy fragment nawiązujący do Uwertury Rok 1812 Piotra Czajkowskiego, z wystrzałem armatnim jak tam. Natomiast dalej grupa z inwencją miesza patenty hardrockowe (The Temples Of Syrinx – z nawiązaniem do dawnej muzyki dworskiej w zakończeniu) z fragmentami nastrojowymi (Discovery), a całość, której nie brakuje przebojowości, zachwyca wirtuozerią wykonania. Z kolei stronę B wypełniło pięć zgrabnych, ale całkiem wyrafinowanych piosenek. Wyróżniają się wśród nich dynamiczna A Passage To Bangkok z elementami orientalnymi i kojarząca się z twórczością King Crimson balladowa Tears z gitarą akustyczną i ujmującą partią melotronu (tu znowu Hugh Syme).
ROBERT FILIPOWSKI
Zobacz ranking miejsca 5-1 (WKRÓTCE)
Pismo aktualnie dostępne jest WYŁĄCZNIE w naszym sklepie internetowym
„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!


[…] Zobacz ranking miejsca 10-6 […]