100 płyt wszech czasów Prog Rocka: Ranking Teraz Rocka (miejsca 10-6)

/ 24 października, 2026

Nasze „Wydanie Specjalne” w całości poświęcone rockowi progresywnemu wciąż jest dostępne w naszym internetowym sklepie.


„Wydanie Specjalne: 100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” to subiektywne, przygotowane przez redakcję „Teraz Rocka” zestawienie najważniejszych albumów w historii szeroko rozumianego rocka progresywnego.

Płyty ponadczasowe, płyty kultowe, płyty które odniosły gigantyczny sukces komercyjny, a także takie docenione tylko przez progrockową niszę. To wszystko wydane na świetnej jakości papierze i w doskonałej oprawie graficznej, na 148 stronach. 

„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

Poniżej zestawienie z miejscami 10-6.

Zobacz ranking miejsca 20-11.

10: MARILLION Fugazi (1984)

Już pierwszy utwór, Assassing, przekonuje, że mamy do czynienia z dziełem wyjątkowym. Zaczyna się od dźwięków nieco folkowych, przypominających celtyckie góralskie zaśpiewy. Wiele ze spokojniejszych fragmentów płyt „Script” i „Fugazi” zainspirowała angielska muzyka ludowa – zauważał Fish na łamach „Tylko Rocka” w 1995. Assassing spokojnym utworem nazwać jednak nie można. Oparty jest na wyrazistym, marszowym rytmie, przypominającym Turn It On Again Genesis, a melodia zainspirowana została mu­zyką świata islamu. Stąd pewnie tytułowy asasyn, czyli arabski zabójca, choć tutaj jest to zabójca raczej lirycz­ny, z językiem podkutym elokwencją. W 1993 Fish mówił o tekstowej zawartości Fugazi w „Tylko Rocku”: Pod względem literackim trochę pretensjonalna, język jest zbyt kwiecisty. Być może miał na myśli właśnie Assassing. Ale mnie ten przeszarżowany nieco język nie przeszkadza. Ktoś mówił o skomplikowanych strukturach rytmicz­nych? No to mamy Punch & Judy w rytmie na 7/8. Roze­drgany motyw klawiszy, świetna pulsująca partia basu, no i znów wspaniale, aktorsko śpiewający Ryba. Tekst dotyczy blasków i cieni małżeństwa, z naciskiem na te drugie: Kto zgubił zakrętkę od pasty do zębów? Kto zapomniał spuścić wody? Zabierz te przepocone skarpety i nie łaź po umytej podłodze. Wo­kalista tak go komentował w książeczce do kompaktowej reedycji płyty: Dotyczy mojej paranoi na punkcie zaangażowania w relację. To moja wizja małżeńskiego piekła, w którym partnerzy obwiniają się za swoje niepowodzenia.

Spokojniejszy, balladowy Jigsaw to znów jakaś reminiscencja Genesis, z okolic The Cinema Show. Wspaniałą solówkę gitarową gra tutaj Steve Rothery, a Fish serwuje wspaniały, emocjonalny re­fren. Sporo genesisowania w starym stylu jest też w Emerald Lies, chociaż ten wyrafinowany numer trochę blednie w porównaniu z olśniewającą stroną B winyla.

MACIEJ KOPROWICZ

9: TOOL Lateralus (2001)

Zespół złożony jest z erudytów, znawców sztuki (cenią m.in. twórczość polskiego rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego), filozofii, nie stroniących od ezoteryki, ale i naukowego konkretu. Szczególnie dotyczyło to perkusisty, Danny’ego Careya, który powiązał na przykład basowy motyw kolegi w utwo­rze tytułowym: takt na dziewięć, takt na osiem i takt na siedem, z tym, że 987 jest dwunastym stopniem ciągu Fibonacciego, sekwencji matematycznej.

Niektóre z partii wokalnych wprost nawiązywały do klasycznego prog rocka, choćby The Patient, w którym harmonie wokalne mogły się kojarzyć z Yes. Podobnie jak na płytach gigantów stylu utwory układały się czasem w jakąś całość, minisuity (Dispo­sition-Reflection-Triad). Wzorem dawnych mistrzów zadbano też o niestandardową oprawę graficzną. Zamiast normalnej książeczki pojawiła się folia z kilkoma przezroczystymi warstwami, na które nadrukowano fazy anatomicznego przekroju ciała człowieka. Pomysł wyszedł od gitarzysty Adama Jonesa (pracował jako specjalista od efektów w filmach), zrealizował go artysta wizualny Alex Grey.

Wymagająca muzyka nie przeszko­dziła w osiągnięciu komercyjnego suk­cesu. Lateralus pokrył się w Stanach Zjednoczonych trzykrotną platyną, również w Polsce trafił na szczyt noto­wania sprzedaży, wypierając Depeche Mode czy Ich Troje.

BARTEK KOZICZYŃSKI

8: PORCUPINE TREE In Absentia (2002)

Choć In Absentia nie jest concept albumem, ma swój motyw przewodni, o którym Steven Wilson tak opowiadał na łamach „Teraz Rocka”: Teksty na tej płycie są bardzo mroczne, traktują o ludziach, którzy znaleźli się na krawędzi szaleństwa. Wiele tu utworów o seryjnych mordercach, gwałcicielach, pedofilach, face­tach bijących żony… Ludzie ci mają w sobie wściekłość, która trawi ich od środka. I dodawał: Stawiam na płycie pytanie, co sprawiło, że stali się ludźmi niezrównoważo­nymi i popieprzonymi? Dlaczego nie są zdolni do empatii? Tytuł „In Absentia” mówi, że czegoś im brakuje, że mają w sobie czarną dziurę, że ich duszę trawi rak.

Wobec powyższego można pomyśleć, że In Ab­sentia to płyta pełna metalowego zgiełku, ale tak nie jest. To nadal, jak na kilku wcześniejszych albumach, zwłaszcza w części głównej, przede wszystkim piękne piosenki, urozmaicone intrygującymi wstępami, zakończeniami czy interludia­mi, czasem właśnie o metalowej mocy ( jak w Blackest Eyes, Trains, Gravity Eyelids czy Prodigal), kunsztownie i barwnie opracowane (z użyciem gitar akustycznych – obok elektrycznych, fortepianu, organów Hammonda, melotronu i syntezatora), z wyrafinowanymi grupowymi partiami wokalnymi, niekiedy w stylu bliskim Yes ( jak w Lips Of Ashes). Zwłaszcza nie­które z nich, mimo melodycznej urody, intrygują mroczną, niepo­kojącą atmosferą – zasugerowaną przez teksty. Jeszcze więcej tej nerwowości wprowadził zespół do utworów końcowych, o nowo­cześniejszej fakturze, niekiedy z elementami funku czy jazzu i z metalowymi kulminacjami (.3, The Creator Has A Mastertape, Strip The Soul i Wedding Nails z intrygującym ambientowym zakończeniem). Całość wieńczy podniosły finał z fortepianem i orkiestrą (Collapse The Light Into Earth, mający w sobie coś ze stylu Radiohead).

ROBERT FILIPOWSKI

7: JETHRO TULL Thick As A Brick (1972)

„Thick As A Brick” to dla mnie jedna z najważniejszych płyt – podkreślał w rozmowie z „Teraz Rockiem” Ian Anderson, lider Jethro Tull, wokalista i multiinstrumentalista (przede wszystkim flecista!). Była próbą stworzenia czegoś, co muzycznie, formalnie byłoby czymś zupełnie innym niż wszystko, czego dokonaliśmy wcześniej.

Utworzona na początku 1967 roku w Londynie grupa (ale wywodząca się z innej, działającej od kilku lat w Blackpool), zaczynała, na pierwszej płycie, This Was z 1968, od blues rocka z domieszką jazzu. Ale już na następnych, Stand Up z 1969, Benefit z 1970 i Aqualung z 1971, zwróciła się ku muzyce bardziej eklektycznej, czerpiącej z różnych tradycji i epok, nasyconej elementami folku czy muzyki dawnej ( jak w Bourée – wariacjach na temat Bacha z partią lutni w wykonaniu fletu), bez wątpienia zasługującej na miano rocka progresywnego. A jednak Andersona bolała taka klasyfikacja jego dokonań, zwłaszcza gdy dziennikarze uznali Aqualung za pretensjonalny progresywny concept album.

Urzekająca przejrzystością i zwartością kon­strukcji, różnorodnością faktury, złożonością struktury rytmicznej suita Thick As A Brick powsta­ła z wariacyjnych przekształceń charakterystycz­nych dla zespołu motywów, melodii i piosenek, od nacechowanych rockową mocą przez pełne jazzowej swady po subtelnie nasycone folkową aurą. Warto dodać, że w aranżacji wykorzystano wiele instrumentów, nawet takich, których zespół dotychczas nie wykorzystywał, np. Anderson po raz pierwszy zagrał na skrzypcach, saksofonie i trąbce, gitarzysta Martin Barre na lutni, a klawiszowiec John Evan na klawesynie. A całość zachwyca tym bardziej, że nagrania dokonano właściwie na żywo: grupa wykonała tę trudną muzykę, pełną zawiłości i pułapek, chociażby w warstwie rytmicznej, od początku do końca, jak na koncercie, może też dlatego tak bardzo zachwyca werwą i lekkością wykonania.

WIESŁAW WEISS

6: RUSH 2112 (1976)

Wydany w marcu 1976 roku czwarty album Rush, 2112, okazał się przełomowy i w zasadzie uratował karierę grupy, bo przez kilka lat nie mogła się rozkręcić. Geddy tak to wspominał w 1996 roku na łamach „Tylko Rocka”: Na każdym kroku spotykaliśmy się z nastawieniem przerażająco negatywnym – ze strony managementu, wytwórni płytowej i agencji koncertowych. Graliśmy wtedy głównie w maleńkich klubach, a jeśli nawet w większych salach to wyłącznie jako przedgrupa. To wszystko było bardzo przygnębiające. Nie potrafili­śmy wykrzesać z siebie pozytywnej energii. Znikąd nie słyszeliśmy ani jednego słowa zachęty, czegoś w rodzaju: „Dobra robota” albo „Zagrajcie jeszcze coś”. Zaczęliśmy więc zadawać sobie pytanie, czy warto to ciągnąć. No i pojawiła się myśl, że może lepiej się rozstać.

Strona A albumu w wydaniu winylowym to tytułowa dwudziestominutowa rock opera w siedmiu odsłonach, z uwerturą i wielkim finałem, z powra­cającymi motywami. Pełną rockowej mocy i pędu Overture otwierają kosmiczne syntezatorowe dźwię­ki (na syntezatorze ARP Odyssey zagrał Hugh Syme, przyjaciel muzyków i autor tej oraz wielu innych okładek Rush), a kończy fragment nawiązujący do Uwertury Rok 1812 Piotra Czajkowskiego, z wystrza­łem armatnim jak tam. Natomiast dalej grupa z in­wencją miesza patenty hardrockowe (The Temples Of Syrinx – z nawiązaniem do dawnej muzyki dworskiej w zakończeniu) z fragmentami nastrojowymi (Di­scovery), a całość, której nie brakuje przebojowości, zachwyca wirtuozerią wykonania. Z kolei stronę B wypełniło pięć zgrabnych, ale całkiem wyrafinowa­nych piosenek. Wyróżniają się wśród nich dynamicz­na A Passage To Bangkok z elementami oriental­nymi i kojarząca się z twórczością King Crimson balladowa Tears z gitarą akustyczną i ujmującą partią melotronu (tu znowu Hugh Syme).

ROBERT FILIPOWSKI

Zobacz ranking miejsca 5-1 (WKRÓTCE)

Pismo aktualnie dostępne jest WYŁĄCZNIE w naszym sklepie internetowym

„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

Przeczytaj także

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
trackback

[…] Zobacz ranking miejsca 10-6 […]

1
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x