100 płyt wszech czasów Prog Rocka: Ranking Teraz Rocka (miejsca 40-31)

/ 3 października, 2026

Nasze „Wydanie Specjalne” w całości poświęcone rockowi progresywnemu wciąż jest dostępne w naszym internetowym sklepie.


„Wydanie Specjalne: 100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” to subiektywne, przygotowane przez redakcję „Teraz Rocka” zestawienie najważniejszych albumów w historii szeroko rozumianego rocka progresywnego.

Płyty ponadczasowe, płyty kultowe, płyty które odniosły gigantyczny sukces komercyjny, a także takie docenione tylko przez progrockową niszę. To wszystko wydane na świetnej jakości papierze i w doskonałej oprawie graficznej, na 148 stronach. 

„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

Poniżej zestawienie z miejscami 40-31

Zobacz ranking miejsca 50-41

40: JEAN-MICHEL JARRE Oxygène (1976)

Urodzony we francuskim Lyonie Jean-Michel Jarre to od pięćdziesięciu lat największa gwiazda światowej muzyki elektronicznej. Między sierpniem a listopadem 1976 Jean-Michel w swoim domowym studiu w Paryżu skomponował i samodzielnie nagrał, wyłącznie na instrumentach klawiszowych, w tym na analogowych syntezatorach ARP 2600, EMS Synthi AKS i EMS VCS 3, efektownie skonstruowa­ną, ujmująco melodyjną, fascynującą w warstwie brzmieniowej, sześcioczęściową suitę Oxygène, czyli Tlen. Tak mówił po latach „Tylko Rockowi” o idei dzieła, które trafiło na rynek już w grudniu 1976: Miałem pomysł, aby spróbować wyrazić pewną wizję dźwiękami, muzyką. Interesowało mnie to, co jest wokół. Natura. Ale nie w metaforycznym sensie. Bar­dziej ta „chemia natury”. Fenomen kwitnienia i więd­nięcia. Transformacje, mutacje skał, roślin, zwierząt. Wszystkie te ciągi przemian. Tlen jest najważniejszym ogniwem między życiem a śmiercią.

Co jest tak wyjątkowego w albumie, któremu w tym roku stuka półwiecze? Na pewno to, jak wiele emocji można wyrazić samymi dźwiękami i to dźwiękami wyłącznie elektronicznymi.

MACIEJ KOPROWICZ

39: QUEENSRŸCHE Operation: Mindcrime (1988)

Przełomowy dla grupy okazał się trzeci album, Operation: Mindcrime, nagrywany od wiosny 1987 – na wszystkich etapach, aż do masteringu, przy użyciu techniki cyfrowej – w stu­diach Kajem/Victory w Gladwyne w Pensylwanii i Le Studio w Morin Heights w Quebecu, pod okiem producenta Petera Collinsa, a wydany 3 maja 1988 roku. Notabene to właśnie w Kanadzie wokalista Geoff Tate wpadł na pomysł concept albumu/rock opery na temat jednostki wplątanej w działania politycznych ekstremistów. W tym czasie mieszkałem w Montrealu – opowiadał w wy­wiadzie dla „Teraz Rocka”. I często przesiadywałem w barze niedaleko domu. A bywali tam przedstawiciele ruchu separatystycznego, zabiegający o odłączenie się prowincji Quebec od pozostałej części Kanady. Taka grupka politycznych ekstremistów. I rozmowy z nimi były dla mnie punktem wyjścia. Geoff przypomniał sobie też losy swoich znajomych, których zgubił narkotykowy nałóg. I wraz z kolegami z zespołu zaczął tworzyć fabułę.

PAWEŁ BRZYKCY

38: STEVEN WILSON The Raven That Refused To Sing (And Other Stories)

The Raven That Refused To Sing (And Other Stories) to pierwszy concept album w solowej dyskografii artysty – zbiór historii o duchach, ubra­nych w romantyzm rodem z opowiadań Edgara Allana Poe­go. Przez teksty Wilsona przewijają się duchy zamordo­wanych żon (The Watchma­ker, The Pin Drop) czy duch dziewczyny, która zginęła w wypadku samocho­dowym i powraca, by pomóc partnerowi uwolnić się od traumy wywołanej przez jej śmierć (Drive Home), ale też uliczny muzyk, ignorowany przez wszystkich, który jest jak duch (Luminol), czy starzec, który wierzy, że kruk, który go odwiedza, to duch ukochanej siostry (The Raven That Refused To Sing).

Album The Raven That Refused To Sing powsta­wał w czasie, gdy Wilson postanowił zawiesić działalność Porcupine Tree (zespół powrócił dopiero w 2021 roku), być może dlatego nie miał oporów przed tym, by tak odważnie sięgnąć znowu do klasycznego rocka progresywnego.

ROBERT FILIPOWSKI

37: CARAVAN In The Land Of Grey And Pink (1971)

Leniwy, zwiewny angielski klimat przejawia się w utworach takich, jak Golf Girl czy tytułowy In The Land Of Grey And Pink, w opozycji do bardziej złożonych Winter Wine czy Nine Feet Underground. Właśnie ten ostatni jest sercem albumu. To niemal dwudziestotrzyminutowa kompozycja, którą stworzył pianista David Sinclair, co ciekawe, przy­nosząc do studia niepowiązane ze sobą fragmenty – w większą całość pomógł powiązać je producent David Hitchcock. Można powiedzieć, że czasem jest tu aż nadto jazzowych improwizacji klawi­szowych, najczęściej na sfuzzowanych organach Hammonda, ale ich specyficzne, korespondujące z tytułem albumu i okładką, szaro-różowe brzmie­nie sprawia, że z przyjemnością oczekuje się ko­lejnych fraz. Smaku kompozycji dodają: saksofon Jimmy’ego Hastingsa, ciekawe partie wokalne, zarówno w wyższych rejestrach Pye’a Hasting­sa, jak i te kojąco matowe Richarda Sinclaira.

MICHAŁ CHALOTA

36: MANFRED MANN’S EARTH BAND Solar Fire (1973)

Zespół wystartował udanymi płytami Manfred Mann’s Earth Band i Glorified Magnified z 1972 oraz Messin’ z 1973, ale pełnię artystycznych możli­wości pokazał na kolejnej, wspaniałej Solar Fire z tego samego roku (z listopada). Za­chwycało już ot­warcie. Ballada Father Of Day, Father Of Night Boba Dylana, w oryginale dość prosta, trwająca pół­torej minuty i wykonywana z akompaniamentem fortepianu, w opracowaniu Earth Band nabrała cech religijnego hymnu. Rozciągnięta do dziesię­ciu minut, żarliwie zaśpiewana przez gitarzystę Micka Rogersa, z przejmującymi solówkami gitary i syntezatora oraz odrealnionym, orkiestrowym melotronem, pokazywała zarazem Manna i jego muzyków jako ekipę progrockową z prawdziwego zdarzenia. Dylan zwracał się w swojej piosence do Boga, a adresatem wersji Earth Band zdaje się być Słońce – Ojciec Dnia, który rozpędza ciemności, uczy ptaki latać i buduje tęcze na niebie. Sugestię tę podsuwa tytuł całego albumu, Solar Fire (Ogień słoneczny), ale też fakt, że w pierwotnym zamyśle wydawnictwo miało być reinterpretacją suity Pla­nety Gustava Holsta, jednego z najsłynniejszych dzieł brytyjskiej muzyki współczesnej. Wcześniej zespół opracował nawet jej fragment poświęcony planecie Jowisz, pod tytułem Joybringer, który wy­dany w sierpniu 1973 na singlu stał się światowym przebojem (nie został powtórzony na Solar Fire, ale w edycjach CD pojawił się jako bonus).

MACIEJ KOPROWICZ

35: THE ALAN PARSONS PROJECT Tales Of Mystery And Imagination (1976)

Wydany 20 maja 1976 w USA i 25 czerwca w Wielkiej Brytanii album zawiera muzykę odzwierciedlającą niesamowitość opowiadań i poematów Poego. Cechują ją gotycka powaga i majestat brzmienia. Fragmenty z syntezatorem i chórem w roli głównej bywają przeplatane deli­katnymi, choćby w The Raven, łagodnie zaśpie­wanym przez Leonarda Whitinga. Z kolei Arthur Brown, z nagłymi skokami w wysokie rejestry głosu, szaleńczo interpretuje The Tell-Tale Heart, gdzie narratora do choroby nerwowej doprowa­dzało… bielmo na oku pewnego starca. W The Cask Of Amontillado śpiewa John Miles, łka orkiestra i… dusza bohatera, Montresora, który deklaruje: Wezmę rewanż na Fortunato/ Widząc uśmiech na jego twarzy, powiem: „Chodźmy, mam beczułkę amontillado”.

PAWEŁ BRZYKCY

34: ROXY MUSIC Roxy Music (1972)

Na pierwszym albumie Roxy Music rzuca się w uszy, że panowie lubowali się w łączeniu kilku muzycznych wątków w jednej kompozycji. Weźmy znamien­nie zatytułowaną The Bob (Medley). Pierwsza część może zaskoczyć – czy to jakiś pastisz Black Sabbath? Ten riff zagrany na nisko strojonych instrumentach, ten zawodzący śpiew… W części środkowej Eno na klawiszach imituje zgiełk batalii lotniczej – tytułowy Bob to skrót od Battle Of Bri­tain, bitwy of Anglię. W trzeciej odsłonie zespół na moment faktycznie zbliża się do konwencji glam rocka, ale kończy znów sabbathowo. Na dwie po­łowy wyraźnie dzielą się także If There Is Something i Sea Breezes. Pierwsza z piosenki bliskiej coun­try ewoluuje w klimaty crimsonowe. W drugiej ładne, nostalgiczne dźwięki z okolic 2.H.B. zostają raptownie przełamane przez hałaśliwy fragment, w którym instrumentaliści zdają się grać wbrew Ferry’emu.

MACIEJ KOPROWICZ

33: STEVE HACKETT Voyage Of The Acolyte (1975)

Debiutancki album gitarzysty Genesis w latach 1971-1977 – nagrany latem 1975 w londyńskim studiu Kingsway i wydany w październiku tamtego roku – pozwolił, by jego kreatywność, tłumiona przez pozostałych muzyków, mogła wreszcie znaleźć ujście, a jego pomysły trafiły do słuchaczy. Bo chociaż trudno w to uwierzyć, jedna z zawartych tu, wspaniałych kompozycji powstała z myślą o grupie, a jednak nie znalazła się na żadnym z jej wydawnictw. Tak, „Shadow Of The Hierophant” – część tej muzyki słyszeli w Genesis i odrzucili ją. Był to dla mnie naprawdę mocny cios i bardzo mnie to zabolało – powiedział mi Steve kilka lat temu.

Zapewne chęć udowodnienia czegoś kolegom z grupy, ale i samemu sobie, sprawiła, że album Voyage Of The Acolyte, otwierający przed artystą zupełnie nowe perspektywy, jest jednym z naj­ciekawszych, a zdaniem wielu najciekawszym w jego dyskografii. Jest również jednym z wielkich osiągnięć rocka progresywnego. Cechuje go spój­ność artystyczna mimo wielu inspiracji, od muzyki dawnej po jazz, czytelnych często nawet w obrębie jednego utworu. Brzmienie jest mroczne i tajemni­cze – aura wręcz mistyczna. Tytuł jest wieloznacz­ny, bo z jednej strony doskonale oddaje sytuację, w której znalazł się artysta – to Podróż nowicjusza, czyli przejście przez debiutancki album solowy, a z drugiej to hasło, które wprowadza w treść całości, nawiązującej do symboliki kart Tarota i będącej opowieścią o wędrówce mającej na celu duchowe oświecenie.

MICHAŁ CHALOTA

32: FISH Vigil In A Wilderness Of Mirrors (1990)

Na płycie wyraźny jest wątek zniesmaczenia skrajnie konsumpcyjnym stylem życia, charakte­rystycznym, zdaniem Fisha, zwłaszcza dla USA. Świątynia Mamony/ Nabierają cię, obiecując świet­laną przyszłość…/ Łamią obietnice, a później twoje serce – śpiewa on we wspomnianym, dynamicz­nym, kojarzącym się z przebojami Petera Gabriela i Genesis z lat 80. utworze Big Wedge. Metaforą chciwości jest wzgórze – the hill. Też w sensie sterty przedmiotów użytkowych, co odzwierciedla okładka autorstwa Marka Wilkinsona. W po­dobnym, przebojowym klimacie utrzymany jest jeszcze The Voyeur (I Like To Watch), pominięty w winylowym wydaniu albumu, i gabrielowski State Of Mind. Ale przede wszystkim to kwintesen­cja dokonań samego Fisha. W piosenkach oraz utworach wielowątkowych, jak skomponowany z Gersem View From The Hill i również wspaniały Vigil, z klamrą z motywem syntezatora, zdającym się odzwierciedlać miarowe tempo oddechu. Śro­dek jest mocniejszy, acz melodyjny i ze szkockim klimatem. Takich miejsc jest na albumie jeszcze kilka (apogeum to… właściwie pijacka śpiewka, ale bez klimatu knajpy, chwytliwa – The Company).

PAWEŁ BRZYKCY

31: DAVID GILMOUR On An Island (2006)

On An Island to najbardziej jednoznacznie pinkfloydowe dokonanie Davida Gilmoura, zapie­rające dech niesamowitymi partiami gitarowymi o natychmiast rozpoznawalnym brzmieniu. Całość otwiera niepokojący wstęp (Castellorizon), ale w dalszej części dominuje klimat intymności (On On Island, The Blue, Smile) oraz melancho­lii i egzystencjalnej zadumy (Red Sky At Night, A Pocketful Of Stones), chociaż pojawiają się też momenty jazzowego luzu (This Heaven) i rockowej zadziorności (Take A Breath). Muzyka wydaje się dość prosta, ale nie brak w niej intrygujących akcentów, zwrotów akcji i niecodziennych brzmień – kornetu, harmoniki szklanej czy tureckiego cümbüşa.

WIESŁAW WEISS

Zobacz ranking miejsca 30-21 (WKRÓTCE)

Pismo aktualnie dostępne jest WYŁĄCZNIE w naszym sklepie internetowym

„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

KOMENTARZE

Przeczytaj także