Wczorajszy wieczór na Torwarze przeszedł do historii jako jedno z najbardziej energetycznych wydarzeń koncertowych ostatnich miesięcy. To zasługa między innymi zespołu Lorna Shore.
Gwiazda wieczoru weszła na scenę chwilę przed 21. Na początku rozbrzmiały utwory „Oblivion”, „Unbreakable” i „War Machine”. Muzycy promowali swój najnowszy, opublikowany w ubiegłym roku album „I Feel the Everblack Festering Within Me”. Aż połowa utworów zagranych w Warszawie pochodziła właśnie z niego.
Później były między innymi „Glenwood”, „Prison of Flesh” czy składający się z trzech części „Pain Remains”. Na zakończenie ogniste „To the Hellfire”.
Panowie z Lorna Shore byli w znakomitej formie, a Will Ramos wyciągał wszystkie, nawet najtrudniejsze dźwięki. Kiedy dodamy do tego zabudowaną ekranami LED scenę i buchające ognie możemy mówić o występie kompletnym. Brzmieniowo, kompozycyjnie, stylistycznie i muzycznie. Piękna sztuka!
Lorna Shore w Warszawie – galeria
Jako wsparcie dla Lorna Shore w Warszawie wystąpiły aż trzy zespoły. Wszystkie pokazały się z jak najlepszej strony, doskonale podkręcając atmosferę przed występem gwiazdy wieczoru. Na początku pojawiły się formacje Humanity’s Last Breath i Shadow of Intent – może i nad Wisłą mniej znane, ale szybko udowodniły, że znają się na swojej robocie.
Najdłuższy set wśród supportów zaprezentowali panowie z Whitechapel, ekipa już zdecydowanie bardziej rozpoznawalna. Huk podczas występu Amerykanów był nieprzenikniony. Czyli dokładnie taki, jaki powinien być.
Whitechapel w Warszawie – galeria
Relacja z wydarzenia pojawi się w marcowym „Teraz Rocku”.













