5 lutego w łódzkiej Atlas Arenie wystąpił zespół Deftones. Fani czekali na ten koncert półtorej dekady. Czy się nie zawiedli?
Deftones przyciąga fanów różnej muzyki – powiedział ze sceny wokalista Drug Church. I faktycznie tak było: oni grali surowy punk rock, a zaraz po nich wystąpił raper Denzel Curry. Obaj wykonawcy, choć skrajnie różni, przyjmowani byli z entuzjazmem przez głównie młodą publiczność.
Ale i tak wszyscy czekali na to, co miało nadejść. A na powrót Deftones czekać musieliśmy aż 15 lat! To, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy przeszło chyba największe oczekiwania. Zespół wyszedł na scenę przy wtórze pisków i zaczął od Be Quiet And Drive (Far Away). Chino Moreno od samego początku pełen energii i uśmiechnięty. Jak za dawnych lat owinięty mikrofonowym kablem i wykonujący piruety w powietrzu. Sporo usłyszeliśmy z nowej płyty, Private Music, która na żywo sprawdza się świetnie, ale i starszy materiał emanował pełną emocji: Diamond Eyes, Digital Bath… Wszystko zagrane przez zespół z pełnym zaangażowaniem i wyśpiewane przez fanów co do słowa.
Efekty specjalne ograniczone do telebimów z wizualizacjami, ale za to jakże pomysłowymi. Podczas Change (In The House Of Flies) za zespołem zaczęło wyłaniać się powoli słońce, a Chino zaśpiewał utwór w czerwieni kalifornijskiego wschodu. My Own Summer (Shove It) prawie rozsadziło Atlas Arenę. Fani zadbali o maksymalny poziom energii. Gdzieś w połowie koncertu jeden koleś domagał się, że chce zagrać z Deftones na gitarze. Pomyślimy o tym – odparł Chino. I nie zapomniał o nim, przed ostatnim numerem – 7 Words – Moreno kazał go wciągnąć na scenę. Kacper – bo tak miał na imię – spełnił swoje marzenie. Ale myślę, że nie on jeden wychodząc z tego koncertu miał poczucie spełnione marzenia.
Poniżej galeria z łódzkiego koncertu.













