„Fireball” z 1971 roku często pozostaje w cieniu dwóch wielkich klasyków Deep Purple – „In Rock” i „Machine Head”. Tymczasem album był ważnym krokiem w rozwoju zespołu. Muzycy odważniej sięgnęli po wpływy jazzu, bluesa, psychodelii, a nawet country. Co ciekawe, jego ocena mocno podzieliła samych członków grupy.
Ritchie Blackmore nie miał dobrego zdania o okolicznościach powstawania płyty. W wywiadzie z 1973 roku gitarzysta nazwał ją wręcz katastrofą.
Wszystko zostało sklecone w studiu. Presja ze strony menedżmentu była ogromna, nie mieliśmy czasu. Musieliśmy grać tu, tu i tam, a potem jeszcze nagrać album. Powiedziałem im, że jeśli chcą płyty, muszą dać nam czas. Ale nie chcieli.
– wspominał.
Zupełnie inaczej na „Fireball” patrzył Ian Gillan. Wokalista określał go później jako swój ulubiony album Deep Purple z tamtego okresu. Doceniał przede wszystkim swobodę artystyczną i możliwości ekspresji, jakie otworzyły się przed zespołem. Dzięki temu grupa mogła połączyć hard rock z funkiem, bluesem, soulem, jazzem i psychodelią.
>> Deep Purple, Alice Cooper i Europe na współnym koncercie w Polsce
Pozytywnie o płycie wypowiadał się również Jon Lord.
Uwielbiam Fireball. Uważam, że robi wiele dobrego. Zabiera zespół w miejsca, w których nikt się go nie spodziewał.
– mówił klawiszowiec.
Album okazał się pierwszym wydawnictwem Deep Purple, które dotarło na szczyt brytyjskiej listy sprzedaży. Znalazły się na nim między innymi utwory „Fireball”, „The Mule”, „Fools” i „Demon’s Eye”. Płyta miała też szczególne znaczenie dla Larsa Ulricha. Przyszły perkusista Metalliki wspominał, że właśnie od niej zaczęła się jego przygoda z ciężkim rockiem.
Wielu ekspertów uważa, że „Fireball” było ważnym etapem pomiędzy „In Rock” a „Machine Head”. Jon Lord podsumował to najlepiej:
Bez „Fireball” nie byłoby „Machine Head”.
Więcej o albumach Deep Purple przeczytacie w Wydaniu Specjalnym poświęconym kultowej formacji.
Deep Purple – Wydanie Specjalne – KUP TERAZ!

