Lider zespołu Patriarkh stwierdził, że nie będzie już udzielał wywiadów metalowym mediom. Dlaczego?
Lider zespołu Patriarkh, Bartłomiej Krysiuk, poinformował, że znika z metalowych mediów. Ostatniego wywiadu dla tych mediów udzielił portalowi „Liverock.pl”.
W opublikowanym na Facebooku oświadczeniu Krysiuk pisze:
To jest mój ostatni wywiad dla tzw „metalowych” mediów. I tego będę bardzo mocno się trzymał. Nie piszę tego z hukiem, czy też z obrażeniem się na świat i nie z poczuciem, że ktoś mi coś zabrał. Piszę to spokojnie, jak się zamyka drzwi w domu, z którego się wychodzi rano, nie dlatego, że był zły, tylko dlatego, że czas iść dalej. Po tej rozmowie nie będę się już pojawiał w mediach związanych ze sceną metalową. To nie jest gest ani manifest. To jest decyzja i świadomy wybór. Przez lata tłumaczyłem, prostowałem, reagowałem, odpowiadałem. W pewnym momencie orientujesz się, że najwięcej energii nie zabiera muzyka, tylko wszystko to, co wokół niej: komentarze, interpretacje, historie opowiadane o tobie przez ludzi, którzy nigdy z tobą nie siedzieli przy jednym stole. I nagle rozmawiasz już nie o dźwiękach, tylko o sobie jako postaci. A ja postacią czy etykietą być nie chcę. Nie odchodzę z muzyki. Odchodzę od hałasu wokół muzyki. Nie mam w sobie ani goryczy, ani potrzeby rozliczeń. Nawet trudne rzeczy coś budują, dzięki nim zrozumiałem, że muzyka nie jest miejscem, do którego trzeba należeć, tylko drogą, którą się idzie. I można nią iść obok sceny, nie przeciw niej i nie ponad nią. Po prostu obok. I jestem właśnie w tym miejscu.Nie czuję się z nikim na wojnie. Niczego nie palę, żadnych mostów. Po prostu przestaję stać na środku placu i krzyczeć, żeby ktoś mnie zrozumiał. Kto będzie chciał, i tak usłyszy.To jest świadomy wybór artystyczny.
Cisza też jest formą wypowiedzi. Dzisiaj bardziej interesuje mnie rozmowa niż polemika, spotkanie niż reakcja i człowiek niż narracja. Chcę wrócić do początku, do momentu, kiedy tworzyłem nie po to, żeby coś udowodnić, tylko dlatego, że miałem coś do powiedzenia i wtedy byłem szczęśliwy. Jeśli ktoś odczyta to jako rozczarowanie, pomyli się!To raczej spokój wreszcie przemówił. Dziękuję wszystkim, którzy słuchali, nawet jeśli się ze mną nie zgadzali. Bo słuchanie jest dziś formą szacunku. A ja powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia w tej przestrzeni. Do zobaczenia gdzieś poza komentarzami, podczas normalnych rozmów i spotkań.
W samym wywiadzie dla „Liverock” przeprowadzonym przez Romanę Makówkę, Krysiuk powiedział, że wpływ na tę decyzję miały między innymi komentarze metalowej społeczności związane z Batushką:
Wiesz, zanim usiadłem do tej rozmowy, miałem takie poczucie, pół żartem, pół serio, że to będzie mój ostatni wywiad. Przekażę, co mam w głowie, i zamilknę. Choć zawsze mówię: mów „przedostatni”, bo ostatni to jest dopiero przed śmiercią. I trochę się z tego śmieję, ale coś w tym jest i tak, będzie to mój wywiad po którym zamilknę i udzielać wywiadów nie będę, na pewno mediom związanym ze sceną „metalową”, bo mam wrażenie, że ta forma tłumaczenia się, wyjaśniania, prostowania historii powoli mi się wyczerpała i mnie zmęczyła. I odpowiadając wprost: to nie był spór. Spór jest wtedy, kiedy są dwie strony, rozmowa, argumenty, polemika. Tu nie było polemiki, był komunikat i później lincz. Taki zwykły, bardzo ludzki mechanizm tłumu. Najpierw ktoś rzuca hasło, potem reszta już tylko dopowiada. I nagle przestajesz być człowiekiem, a stajesz się historią opowiadaną o tobie przez innych. Ja to dawno przetrawiłem. Zresztą w pewnym sensie sam w to wszedłem, więc mam świadomość konsekwencji. Bardziej niż sama sprawa interesuje mnie mechanizm, który się wtedy uruchomił. Bo takich konfliktów w muzyce są setki, tylko rzadko ktoś o nich mówi głośno. Ja już dziś na to patrzę spokojniej, bez nerwów, bardziej jak obserwator niż uczestnik. I może właśnie dlatego pewne rzeczy widać wyraźniej, kiedy się człowiek odsunie o kilka kroków. Bo z zewnątrz scena metalowa przedstawia się jako coś bardzo czystego, szczerość, autentyczność, zero komercji, „tylko muzyka”. I to brzmi pięknie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy rzeczywistość okazuje się zwyczajnie ludzka. Bo ta scena, jak każda inna społeczność, ma swoje układy. A jednocześnie istnieją zupełnie zwyczajne rzeczy: koncerty, bilety, koszty, życie. I nagle okazuje się, że o pieniądzach mówić nie wolno, bo to psuje romantyczny obraz, choć wszyscy w tym samym systemie funkcjonują. I wtedy zobaczyłem hipokryzję środowiska. Z jednej strony publiczne żarty, kpiny, etykiety, a z drugiej prywatne wiadomości: „weź nas na trasę, bo macie frekwencję”. Tylko, że tutaj one są bardziej niewypowiedziane. Nikt ci nie powie wprost: „tu działa koleżeństwo, wzajemna promocja, zamknięty obieg informacji”. To się po prostu wie, czuje i na końcu widzi. Jedni recenzują jednych, ci sami ludzie grają razem trasy, ci sami się polecają festiwalom, a potem jeszcze opisują to jako całkowicie spontaniczny sukces. I ja nie mówię, że to jest jakieś zło wcielone, to naturalny mechanizm środowiskowy. Tyle że jednocześnie funkcjonuje narracja o absolutnej niezależności i odrzuceniu wszelkiej „branży”. A branża istnieje, tylko nieformalna. Dobra prasa bardzo często nie wynika z samej muzyki, tylko z relacji. Jesteś „swój”, to jesteś opisywany łagodniej. Nie jesteś, to nagle kryteria robią się ostrzejsze. Najbardziej widać to przy promocji. Teoretycznie wszystko dzieje się organicznie: ktoś coś odkrył, ktoś polecił. W praktyce funkcjonują bańki. Ludzie wzajemnie się podają dalej w obrębie swojego kręgu, swoich znajomości, swoich mediów, swoich festiwali. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo tak działa każdy świat, tylko w metalu jednocześnie utrzymuje się MIT całkowitej niezależności od mechanizmów, romantycznej czystości, narracja o podziemiu i te wszystkie frazesy i paradoksy. Publicznie mówi się, że granie dla większej publiczności to „sprzedanie się”, komercja, skok na kasę, zarobkowy metal, a prywatnie wszyscy walczą o te same sloty festiwalowe i o te same trasy. Padają hasła o pogardzie dla popularności, ale frekwencja jednak jest najważniejszą walutą. I nagle okazuje się, że ci sami ludzie, którzy cię wyśmiewają w komentarzach, za kulisami pytają o koncerty i może byś wziął nas na trasę. Doświadczam tego non stop. Mnie to już nie złości. Bardziej mnie to urealniło. Zrozumiałem, że scena metalowa nie jest jakąś moralnie czystszą przestrzenią od reszty świata. To po prostu ludzie, ze słabościami, ambicjami, sympatiami. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy udajemy, że tak nie jest i budujemy wokół tego mit ideologiczny, a jest to jebane kłamstwo. Dlatego ja się z tego wycofałem. Nie z muzyki, tylko z potrzeby bycia częścią tego środowiska, które Cię linczuje, a za chwilę coś od Ciebie chce.
Patriarkh w 2025 roku zadebiutował albumem „Prorok Ilja”. To album konceptualny opowiadający historię Eliasza Klimowicza – niepiśmiennego chłopa z Podlasia, który w latach 30. XX wieku stał się przywódcą sekty religijnej, przez niektórych okrzyknięty prorokiem. Wydarzenia z czasów międzywojnia podane są w mistycznej, fantazyjnej oprawie.

