Pierwsza edycja Summer Punch Festival przeszła do historii. Impreza, na której zagrali między innymi Bad Omens, Three Days Grace czy P.O.D., okazała się koncertowym strzałem w dziesiątkę. W Warszawie było wszystko: muzyczna jakość, doskonała pogoda i świetna organizacja.
Organizatorzy Summer Punch Festival od początku celowali w zgromadzenie osób, które cenią sobie muzykę nowszą, popularną raczej w XXI wieku. Zapraszając takie zespoły jak Bad Omens, Landmvarks, Palaye Royale czy nawet Three Days Grace dali jasny sygnał, że chcą stworzyć imprezę, jakiej na koncertowej mapie Polski nie ma. Dwa dni, dwie sceny, masa atrakcji – tak miało być i… było!
Festiwal okazał się dużym sukcesem, a jeszcze w czasie trwania imprezy ogłoszono, że Summer Punch Festival powróci również w 2027 roku, tym razem jednak aż na trzy dni. Dobra decyzja? Dobra, a najlepszym na to potwierdzeniem niech będzie poniższe podsumowanie.
Summer Punch Festival – dzień pierwszy
Impreza rozpoczęła się nieco wcześniej, bo można było zajrzeć na Letnią Scenę Progresji zaraz po południu, ale pierwszy koncert rozpoczął się punktualnie o 15:00. Rain City Drive zagościli na małej scenie, czyli Punch Stage. Nieco nieśmiało rozkręcali się z numeru na numer, żeby ostatecznie dać nam 30 minut czystej energii.
Na mniejszej, choć wcale nie takiej małej scenie zagrali tego dnia również House of Protection, Catch Your Breath, Bury Tomorrow, Bilmuri oraz Paleface Swiss. Było energetycznie i różnorodnie, wszystkim dopisywał dobry humor, a zachodzące za horyzont słońce jeszcze bardziej podsycało emocje na Punch Stage.
Nie mniej ciekawie, a może nawet nieco ciekawiej, było na Summer Stage. Impreza rozpoczęła się o 15:30 za sprawą koncertu Silent Planet. Później pojawili się członkowie Set It Off, a następnie jedna z gwiazd całej imprezy – P.O.D. Obowiązkowe „Youth of the Nation” oraz „Alive” doskonale rozgrzały publiczność. Zespół był w dosokonałej formie. Podobnie zresztą jak Landmvrks oraz urocze dziewczyny z Babymetal. Na imprezie było już gęsto, a wszyscy czekali na wielki finał – Bad Omens.
Na Summer Stage zroibiło się już ciemno, a teren Letniej Sceny Progresji zalał się fanami formacji, których w naszym kraju nie brakuje. Koncert Amerykanów okazał się doskonale wyreżyserowanym, pełnym emocji widowiskiem. Napięcie budowane było stopniowo, żeby dać nam finał godny pierwszego dnia Summer Punch Festivalu. Podczas podzielonego na kilka części koncertu wybrzmiały kawałki „Limits”, „Left for Good”, „Like a Villain” czy „Improse”. Na bis Bad Omans zostawili sobie „Dethrone”.
Koncert kompletny!
Summer Punch Festival – dzień drugi
Punch Stage wystartował punktualnie o 15:00 od występu Zero 9:36. Było dobrze, a miało być jeszcze lepiej – później na mniejszej scenie pojawili się Touché Amoré i energetyczny duet Wargasm, który rozbujał publiczność aż miło. Nie mniej ciekawie było na Smash Into Pieces, a także na występującym niedługo później Show Me The Body. Gwiazda Punch Stage – formacja Don Broco – okazała się koncertowym strzałem w dziesiątkę. Ich energia niemalże rozwaliła scenę!
Na Summer Stage 2. dzień rozpoczął się od udanych występów Dead By April oraz Man With a Mission (sympatyczne wilczki pokazały, że j-rock może być niezwykle chwytliwy; szacun za cover AC/DC!). Trochę nie dopisała frekwencja, ale tego dnia panował straszny upał.
Mimo wszystko gęściej zrobiło się podczas występu zespołu Yonaka. Charyzmatyczna Theresa Jarvis świetnie rozkręciła publiczność. Wszyscy byli gotowi na występ starych wyjadaczy z Alexisonfire, którzy udowodnili, dlaczego od lat utrzymują się w czołówce. Moc, energia i duża sceniczna wprawa wystarczyły, żeby podbić serca uczestników Summer Punch Festivalu. Zresztą nie mniej widowiskowo wypadli panowie z Palaye Royale, którzy z dużą chęcią dołączali do publiczności zgromadzonej w pierwszych rzędach.
Na zamknięcie Summer Stage wystąpił drugi z headlinerów, Three Days Grace. Tłum zebrał się nie mniejszy niż podczas Bad Omens dzień wcześniej. Zespół miał przewidziany tylko godzinny set, dlatego nie było czasu na gadanie czy zbędne zapychacze – ze sceny rozbrzmiało „Break”, „Time of Dying” oraz „The Mountain”. Nie zabrakło oczywiście miejsca dla największych przebojów z „I Hate Everything About You”, „Painkiller” oraz „Riot” na czele. To był bardzo solidny występ, który stanowił godne zakończenie naprawdę udanego festiwalu.
Już podczas trwania Summer Punch ogłoszono, że w przyszłym roku impreza powróci i potrwa nie dwa, a trzy dni, również w czerwcu. To bez wątpienia dobra decyzja, ponieważ zakończona niedawno edycja potwierdziła, że taki format ma sens. Dodatkowo organizatorzy udowodnili, że można zorganizować imprezę skrojoną pod potrzeby jej uczestników. Poza drobnymi niedociągnięciami (nieco za mała strefa gastro czy brak przerw między koncertami, żeby dobiec na drugą scenę) naprawdę nie było się do czego przyczepić. Czekamy na więcej!
Relacja z Summer Punch Festivalu pojawi się również z jednym z najbliższych numerów „Teraz Rocka”.
