Kruk: Mistyczna Aura. Rozmowa z Piotrem Brzychcym

/ 21 października, 2026
fot. Magdalena Baner

Zespół Kruk obchodzi w tym roku dwudzieste piąte urodziny. 24 października w Sosnowcu da ostatni z jubileuszowych koncertów – nie wolno więc przegapić! Lider grupy, gitarzysta Piotr Brzychcy, podzielił się ciekawostkami z przeszłości Kruka, jak i wyjawił „Teraz Rockowi” plany na przyszłość w rozmowie z Pawłem Brzykcym.


Pozwól mi pogratulować jubileuszu. Czy bycie liderem grupy z 25-letnim stażem może iść w parze ze wzmożoną chęcią kolejnych lat tworzenia i wykonywania muzyki? 

Dziękuję. Tak jak za wszystkie opinie, które wyrażałeś przez lata o naszej muzyce na łamach „Teraz Rocka”. Za sprawą bycia częścią tego zespołu poznałem wielu ludzi, którzy uczynili moje życie ciekawszym, bogatszym – i to jest jedna z najważniejszych sił napędowych do tego, żeby ta przygoda trwała. Jest niezwykle solidnym fundamentem do realizowania pasji muzycznych. Bycie twórcą i liderem zespołu Kruk idzie w parze z byciem fanem muzyki, którym jestem od dziecka. To daje mi niesamowite możliwości, aby przeżywać muzykę z różnych perspektyw. Obserwować też, że realia show-businessu w ciągu tego ćwierćwiecza mocno się zmieniły – standardy, które zastałem, gdy Kruk zaczynał, uległy diametralnym i dosyć drastycznym zmianom. Ostateczna odpowiedź na twoje pytanie to fakt, że apetyt na tworzenie, wykonywanie i bycie częścią świata muzyki w moim przypadku nigdy się nie kończy, a przeciwnie – ciągle wzrasta. To dlatego kocham Kruka, pomimo że gram też w innych zespołach i działam solowo.

Jakie wydarzenia uznajesz za przełomowe w karierze grupy?

Oj, mógłbym opowiadać godzinami! (śmiech) Przy okazji dobrze koreluje to z pytaniem o chęć dalszego grania, gdyż niezwykłe i przełomowe wydarzenia spotykają nas cały czas. Wystarczy być czujnym i skrupulatnie obserwować otoczenie, a cuda są na wyciągniecie ręki. Te małe rzeczy wcale nie są mniej istotne od tych najważniejszych… Pierwsza sytuacja, która wprowadziła Kruka na zupełnie inne tory, to spotkanie z Grzegorzem Kupczykiem, podpisanie kontraktu z wytwórnią Metal Mind Productions i wydanie płyty Memories. Nagle pojawiły się dziesiątki recenzji, wywiadów i artykułów. Było to ekscytujące, a Kruk przestał być zespołem, który gra na podwórku, z którego wyrósł – po prostu wyfrunął w świat. Kolejnym krokiem milowym był pierwszy koncert u boku legendy rocka, a mianowicie zespołu UFO w warszawskiej Stodole. To był 2007 rok i mieliśmy wystąpić z Grzegorzem Kupczykiem, ale Grzegorz ostatecznie nie mógł przyjechać, byłem więc przekonany, że nie zagramy. Świętej pamięci Tomasz Dziubiński, prezes Metal Mindu, zaufał mi jednak i po krótkiej rozmowie stało się jasne, że wystąpimy. Po tym koncercie Kruk był już zupełnie innym zespołem. Polubiła nas publiczność i prasa, a nagłówek artykułu z „Gazety Wyborczej” Uczeń przerósł mistrza był… krępująco budujący (śmiech). Kolejnym przełomem dla zespołu i prywatnie dla mnie był koncert z Deep Purple, który odbył się 24 lipca 2011 roku. Wiesz, miałem piętnaście lat, gdy wybrałem się z ojcem do Zabrza na pierwszy koncert w życiu, 31 października 1993, gdy grupa Deep Purple wystąpiła jedyny raz w Polsce w swoim najsłynniejszym składzie. I to wtedy zrodziło się we mnie nierealne wydawałoby się marzenie, że kiedyś założę zespół i zagram z nimi na jednej scenie. Kruk powstał 6 czerwca 2001 roku i przez 10 lat nieustannie poszukiwałem drogi do tego, aby zagrać jako support przed Deep Purple. Ludzie, z którymi o tym rozmawiałem, pewnie pukali się w czoło (śmiech). A jednak w to wierzyłem i udało mi się osiągnąć cel – ba, od tamtej pory dane nam było zagrać z nimi aż cztery razy, w co wciąż trudno mi uwierzyć… Niezwykły był też koncert z Carlosem Santaną w 2013 roku, w Dolinie Charlotty. Carlos zszedł do nas na scenę, uścisnął mi dłoń, a później powiedział tym charakterystycznym głosem, który znałem tylko z wywiadów: Musiałem tu zejść i zobaczyć, kto gra takie niezwykłe dźwięki. Poczułem, jak uginają mi się kolana, a po twarzy spływają łzy. Tym pytaniem jeszcze bardziej uświadomiłeś mi, jak wiele takich wyjątkowych sytuacji wydarzyło się na drodze, którą przeszedłem i przechodzę dalej z Krukiem.

fot. Magdalena Baner

Załóżmy, że ktoś nie słyszał dotąd zespołu Kruk. Po którą płytę powinien sięgnąć jako pierwszą, który utwór odtworzyć jako pierwszy?

Pierwsza myśl: tytułowy z płyty It Will Not Come Back. Bardzo długi, zawierający wszystko, co muzycznie drzemie w moim sercu. Jest delikatność, jest ostry riff, jest galop i jest solówka, którą nagrałem za jednym podejściem od początku do końca. Tekst i linia wokalna, za które odpowiada Ewa Toczkowska-Brzychcy, też idealnie do mnie trafiają. Tomek Wiśniewski zaśpiewał to bardzo lirycznie i porywająco… Przez chwilę myślałem, żeby podzielić ten numer na trzy części, ale wieloletni przyjaciel mój i zespołu, dziennikarz Darek Świtała, który w pewnym okresie współprodukował też płyty Kruka, słusznie zauważył, że kompozycja powinna zachować swoją naturalną postać i tym samym nawiązywać do dawnych lat, gdy długość utworów bywała często atutem, a nie problemem jak dziś, w dobie radiowych ograniczeń utworów jak najkrótszym czasem ich trwania.

Ostatnim jak dotąd studyjnym albumem Kruka z premierowym repertuarem jest Be There z 2021 roku, firmowany wraz z Wojtkiem Cugowskim. Jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz go na tle wcześniejszych, zwłaszcza wspomnianego, najpopularniejszego It Will Not Come Back, wydanego dekadę wcześniej?

Współpraca z Wojtkiem była fascynująca, inspirująca i osadzona na gruncie fanowsko-przyjacielskim. Znaliśmy się już od lat i jaraliśmy się tymi samymi zespołami. To wszystko miało ogromny wpływ na materiał, który wtedy powstał, zresztą każdy album, który wydawałem z Krukiem, jest odnośnikiem do pewnego czasu i miejsca w moim życiu. Nie mogę powiedzieć, że któryś jest mi bliższy, a inny nie… Be There pomimo upływu lat w mojej ocenie nie starzeje się i zawsze, gdy wracamy do tych utworów na próbach, a później na koncertach, pojawia się jakaś mistyczna aura. Choć nie słucham swoich płyt po ich wydaniu, to jednak mam dla nich ogromny szacunek i traktuję je, jakby były moimi dziećmi.

Czy masz plany nagrania nowego albumu?

Utwory na nowy album napisałem już jakiś czas temu. Mariusz Prętkiewicz nagrał do wszystkich partie perkusji i teraz czekamy na resztę załogi. Z uwagi na fakt, że wytwórnia Metal Mind Productions zawiesiła działalność, my też samoistnie zwolniliśmy. Nie ma jednak wątpliwości, że najbliższe osoby, z którymi współpracuję w kontekście menedżerskim, nie pozwolą mi na dalsze przekładanie tego tematu i w przyszłym roku pojawi się nowy album Kruka bądź mój nowy album solowy. Zagrałem kilka solowych koncertów na przełomie roku 2025 i 2026, i tutaj też było niemałe zaskoczenie, jak dużym cieszyły się one zainteresowaniem. W towarzystwie zacnych przyjaciół na scenie przekonałem się, że i na tym polu w końcu muszę poczynić zdecydowane kroki. Mam nadzieję, że ludzie, którzy mi kibicują i chodzą na koncerty Kruka i moje będą usatysfakcjonowani. Nie mogę powiedzieć za dużo, żeby nie zapeszyć – plany są bardzo szeroko zakrojone, ale życie może to zweryfikować.  

fot. Magdalena Baner

Kruk dał setki koncertów. Który uważasz za najlepszy?

Myślę, że wspomniany już występ przed koncertem Carlosa Santany. Tam po prostu działy się rzeczy magiczne i… niepojęte. Bo zanim wyszliśmy na scenę, panowała nie najlepsza energia. W pewnym momencie byłem gotów podjąć decyzję o rezygnacji z tego występu. Kiedy jednak zaczęliśmy grać, wiedziałem już, że coś się diametralnie zmieniło, że dzieje się magia, że aż trzeszczy od wyładowań, ale już tych w pełni pozytywnych. Przy czwartym utworze, Rzeczywistość, gdy pojawił się Santana i zszedł do nas na scenę, emocje eksplodowały. On nas namaścił przed kilkunastotysięcznym tłumem swoich fanów, a na koniec poprzez prowadzącego ten koncert Jana Chojnackiego poprosił, abyśmy zagrali bis! Bisy przy występach supportów niemal nigdy się nie zdarzają, a tu taka niespodzianka. Zaś po swoim występie Santana przyszedł do naszej garderoby. Szef jego ochrony powiedział mi: Pracuję z Carlosem już ponad dziesięć lat i nigdy tak nie reagował, nigdy tak nie zbliżał się do zespołów supportujących, jak w tym przypadku.

Z okazji jubileuszu Kruk daje koncerty specjalne. Przed wami ostatni z nich.

Rozmawialiśmy o wielkich scenach, pomnikowych nazwiskach i dużych festiwalach. Graliśmy przecież też przed Whitesnake, Thin Lizzy, Uriah Heep, Erikiem Burdonem & The Animals, Arthurem Brownem, Debbie Davies, Black Star Riders, Jornem czy Nazareth, ale nie mam wątpliwości, że jest coś absolutnie unikatowego w graniu w klubach. Myślę, że to dlatego największe zespoły organizują małe, ukryte, przeznaczone dla najwierniejszych fanów koncerty klubowe. My największym zespołem nie jesteśmy, ale z okazji tego jubileuszu postanowiłem zagrać w miejscach, w których występujemy regularnie, w których czujemy się jak w domu. W kwietniu zagraliśmy w ukochanej śląskiej Leśniczówce, w maju w krakowskim klubie Zaścianek, a już 24 października wystąpimy w sosnowieckim klubie Komin. Tym koncertem zamkniemy nasze świętowanie, występ potrwa z całą pewnością ponad trzy godziny. W tym roku śpiewa z nami Andrzej Kwiatkowski, który od lat pojawiał się na scenie z Krukiem, a wspiera go wokalnie Magdalena Meisel, świetnie grająca na skrzypcach. Ich wokale współbrzmią znakomicie, więc ten eksperyment wciąż nas rajcuje i jest dużą niespodzianką dla fanów. 

Przeczytaj także

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x