Wczoraj w stołecznej Progresji wystąpiła legenda grindcore’u, formacja Napalm Death. Kto nie wybrał się na ten koncert, ma czego żałować!
Napalm Death ponownie udowodnili w Warszawie, że grindcore się nie starzeje. 18 lutego 2026 klub Progresja zamienił się w głośną, pulsującą maszynę, która przez kilkadziesiąt minut pracowała na najwyższych obrotach bez chwili wytchnienia.
Już od pierwszych sekund było jasne, że Brytyjczycy przyjechali w formie, której nie powstydziłby się zespół o połowę młodszy. Brzmienie było brutalnie selektywne, szybkie i niezwykle dynamiczne – z jednej strony klasyczna grindcore’owa kanonada, z drugiej zaskakująco duża różnorodność tempa i nastroju. Napalm Death nie grali koncertu opartego wyłącznie na nieustannym blastowaniu, lecz precyzyjnie budowali dramaturgię setu.
W setliście nie zabrakło kluczowych punktów ich katalogu. „I Abstain” i „Inside The Torn Apart” wybrzmiały potężnie, a momenty o bardziej punkowym charakterze – jak „Nazi Punks Fuck Off” – wywoływały natychmiastową reakcję tłumu. Klasyki z ery „Scum” przypomniały, dlaczego zespół od dekad pozostaje jednym z filarów ekstremalnej sceny. Było również „You Suffer”, jakżeby inaczej!
Barney Greenway jak zwykle nie zwalniał tempa, prowadząc publiczność między kolejnymi utworami z energią, która skutecznie utrzymywała temperaturę pod sceną. Całość wypadła zaskakująco przekrojowo stylistycznie – koncert miał więcej niuansów niż czystej, nieprzerwanej naparzanki, co tylko podkreśliło doświadczenie i klasę zespołu. Niedysponowanego Shane’a Emburyego godnie zastąpił Adam Clarkson. To był bardzo udany koncert!
Napalm Death w Progresji – zdjęcia
Wieczór uzupełnili Whiplash, Varukers i Dopelord – solidne wsparcie, które dobrze przygotowało grunt pod występ głównej gwiazdy.
Relację z koncertu znajdzie również w jednym z kolejnych numerów „Teraz Rocka”.







