100 płyt wszech czasów Prog Rocka: Ranking Teraz Rocka (miejsca 5-1)

/ 31 października, 2026

Nasze „Wydanie Specjalne” w całości poświęcone rockowi progresywnemu wciąż jest dostępne w naszym internetowym sklepie.


„Wydanie Specjalne: 100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” to subiektywne, przygotowane przez redakcję „Teraz Rocka” zestawienie najważniejszych albumów w historii szeroko rozumianego rocka progresywnego.

Płyty ponadczasowe, płyty kultowe, płyty które odniosły gigantyczny sukces komercyjny, a także takie docenione tylko przez progrockową niszę. To wszystko wydane na świetnej jakości papierze i w doskonałej oprawie graficznej, na 148 stronach. 

„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

Poniżej zestawienie z miejscami 5-1.

Zobacz ranking miejsca 10-6.

5: EMERSON, LAKE & PALMER Tarkus (1971)

Wypełniająca pierwszą stronę wydania winylowego, siedmioczęściowa kompozycja Tarkus do dziś pozo­staje jedną z najdoskonalszych manifestacji rocka pro­gresywnego. Jest dziełem Emersona i Lake’a. Emerson stworzył niemal całą muzykę, z wyjątkiem fragmentu Battlefield, dokomponowanego przez Lake’a, który napisał z kolei cały tekst.

Pod względem konstrukcyjnym Tarkus przypomina rondo. Funkcję refrenu, punktu odniesienia dla pozo­stałych fragmentów, pełnią w nim piosenki. Łącznika­mi są partie instrumentalne o charakterze swobod­nych improwizacji (z zachowaniem stałej podstawy, najczęściej ostinata gitary basowej i pulsu perkusji). Warto podkreślić, że grupa wyszła w kompozycji poza zasady kształtowania formy przyjęte powszechnie w muzyce rockowej (budowa okresowa, powtórzenia i zwroty kadencyjne), a posłużyła się takimi środka­mi konstrukcyjnymi, jak przetworzenie motywów i progresje. Utwór zachwyca też frapującą oprawą dźwiękową (Emerson nawiązał bliską współpracę z Robertem Moogiem, konstruktorem syntezatora Moog, aby wydobyć z tego instrumentu brzmienia dotychczas niespotykane – chociażby we fragmencie zatytułowanym Aquatarkus).

Na płycie znalazło się też kilka krótszych utworów, ale pojawiające się w nich odniesienia do Tarkusa sprawiają, że repertuar układa się w przekonującą całość (np. interesująco przekształcony riff z Eruption w Bitches Crystal Emersona i Lake’a). Wśród pełnych hardrockowej dynamiki kompozycji w rodzaju A Time And A Place całej trójki zna­lazły się też dwie połączone w całość przej­mujące pieśni: The Only Way (Hymn) Emer­sona i Lake’a oraz Infinite Space (Conclusion) Emersona i Palmera. Pierwsza, wysnuta z kilku taktów Toccaty F-dur Bacha, jest wykonywana z akompaniamentem organów kościoła św. Marcina w Londynie. Drugą, wyprowadzoną z tematu Preludium d-moll z Das wohltemperierte Klavier Bacha, nasyconą jazzowym klimatem, opracowano na fortepian, gitarę basową i perkusję. Pretensjonalny tekst całości jest py­taniem o istotę człowieczeństwa oraz przyszłość ludzkości w obliczu XX-wiecznych zbrodni wojennych.

Aby rozładować atmosferę powagi, trio przedstawiło na płycie także humorystyczną piosenkę Jeremy Bender o kan­ciastej, knajpianej melodii partii fortepianu oraz pastisz rock’n’rollowy Are You Ready Eddy? (dedykowany realizato­rowi albumu – Eddiemu Offordowi).

WIESŁAW WEISS

4: YES Fragile (1971)

Już od pierwszych dźwięków, krótkiej introdukcji akustycznej gitary Steve’a Howe’a, słyszymy, że mamy do czynienia z zupełnie nową jakością. Roundabout może znaczyć tyle, co karuzela – i rzeczywiście, od nagromadzenia pomysłów aranżacyjnych, harmo­nicznych i rytmicznych w tej bardzo dynamicznej, a przy tym przebojowej kompozycji (skrócona wersja singlowa dotarła do 8. miejsca amerykańskiej listy „Billboardu”) może się zakręcić w głowie. A na szczególne uznanie zasługują wspaniałe harmonie wokalne – znak rozpoznawczy Yes od pierwszej płyty (Anderson zwierzał się nam, że wzorem były dla niego i Squire’a nagrania The Fifth Dimension).

Nie lada rozśpiewany jest też zapętlony na psy­chodeliczną modłę We Have Heaven, samodzielne dzieło Andersona. Choć to raczej tylko miniaturka­-ciekawostka, podobnie jak instrumentalne Cans And Brahms, odczytanie fragmentu IV Symfonii Johannesa Brahmsa w wykonaniu Wakemana, z partiami orkie­stry rozpisanymi na różne instrumenty klawiszowe. Na albumie znalazło się trochę przypadkiem, o czym artysta mówił nam w cytowanym wywiadzie: Zespół podpisał wcześniej kontrakt autorski, na mocy którego prawa do całej muzyki na płycie gwarantował sobie jeden wydawca, bodajże Warner Bros. Tymczasem ja miałem kontrakt z Rondor Music. Zdecydowaliśmy, że każdy z nas będzie miał solowe nagranie na płycie, tymczasem ja nie miałem prawa przedstawić własnej kompozycji. Jedyne, co mogłem zrobić, to nagrać coś, co nie podlegałoby kontrak­towi autorskiemu.

MACIEJ KOPROWICZ

3: GENESIS The Lamb Lies Down On Broadway (1973)

Album trafił na rynek 22 listopada 1974 roku. Przyjęto go z mieszanymi uczuciami – pisano o nim jako o dziele pretensjonalnym, zawiłym, mętnym. Ale z czasem zaczęła przeważać opinia, że jest jednym z najwspanialszych dokonań prog rocka: fascynują­cym, intrygującym, kunsztownym. Nie brakuje na nim pięknych piosenek (Carpet Crawl – na singlu jako Carpet Crawlers, Lillywhite Lilith, Counting Out Time, The Lamia, In The Rapids), które stanowią ogniwa wyrafinowanej mozaiki dźwiękowej, obejmującej też większe formy (In The Cage, The Colony Of Slipper­men), intrygujące obrazy dźwiękowe (Hairless Heart, The Waiting Room, Ravine) oraz efektowne zespołowe improwizacje (Here Comes The Supernatural Anaes­thetis).

Wielu fanów miało jednak problem z rozgryzieniem fabuły albumu – sięgającej do wielu źródeł, najeżonej symbolami zaczerpniętymi z różnych tradycji i kultur, chrześcijańskiej, ale też hebrajskiej i nawet babiloń­sko-asyryjskiej, z mitów greckich czy bułgarskich, pełną odniesień do XIX- i XX-wiecznej literatury, do sztuki surrealistycznej, do piosenki i filmu, a wreszcie do psychologii głębi Carla Gustava Junga.

Gabriel przyznawał też, że ważnym źródłem inspiracji były dla niego w tym czasie własne przeżycia i sny, które były ich odbiciem. Może się więc domyślać, że tak chęt­nie kreował w The Lamb Lies Down… sceny uwięzienia, bo sam nie czuł się dostatecznie wolny w Genesis. A wizja spotkania ze Śmiercią mogła mieć źródło w jego doświadczeniach rodzinnych: jego córka Anna-Marie, która w tym czasie przyszła na świat, trafiła na kilka tygodni do inkubatora w stanie zagrożenia życia.

Tony Banks wyjaśniał w rozmowie z „Tylko Rockiem” w 1997: Album „The Lamb Lies Down On Broadway” pod względem komercyj­nym nie był sukcesem. Ale dziś wiele osób uważa go za arcydzieło. I bez wątpienia jest czymś, z czego jesteśmy bardzo dumni. „In The Cage” to chyba moja ulubiona kompozycja w całym dorobku Genesis.

WIESŁAW WEISS

2: KING CRIMSON Red (1974)

Album otwiera kompozycja tytułowa Roberta Frippa. To rzecz charakterystyczna dla jego stylu, ale żaden z wcześniejszych utworów o takim charakterze, pełnych obłąkańczego gitarowego grania, nie miał aż takiej mocy, takiego ciężaru, takiej potęgi brzmienia; w żad­nym też nie udało się tak jak tu przenieść do studia energii grania na żywo. Z kolei przejmująca ballada Fallen Angel, skomponowana głównie przez Johna Wettona, wyrosła dzięki pomysłowej aranżacji (np. kapitalne zderzenie partii gitary Frippa, granej staccato, i sola kornetu Marca Chariga), na jedną z najlepszych piosenek King Crimson. A jej wyraz wzmacnia świetny tekst Richarda Palmera-Jamesa i Wetto­na – apokaliptyczna wizja koszmaru wielkomiejskiego.

Zupełnie inny charakter ma pieśń One More Nightmare Frippa z tekstem Wettona, cudownie łącząca w jedno zadziorne, niemal metalowe kingcrimsonowe granie i wettonowską śpiewność, urozma­icona m.in. pełną wyrazu partią saksofonu altowego w wykonaniu Iana McDonalda i obłąkańczym waleniem Billa Bruforda w ta­lerz perkusyjny o niepokojącym metalicznym dźwięku, który poprzednia grupa zostawiła w śmietniku sali prób. Po niej następuje długi fragment brawurowej grupowej improwi­zacji, zarejestrowanej podczas występu w Providence na Rhode Island, zatytułowanej po prostu Providence ( jeszcze z udziałem skrzypka Davida Crossa).

Płytę kończy jeden z najpiękniejszych i naj­bardziej poruszających utworów, jakie grupa King Crimson kiedykolwiek stworzyła i nagra­ła, wysnuty z ballady Wettona i Palmera-Jamesa Starless And Bible Black. Melancholijna część wstępna po kilku minutach ustępuje miejsca prawdziwie natchnionemu, frenetyczne­mu graniu grupy i jej gości, w którym trudno byłoby wskazać granicę między muzyką komponowaną a improwizowaną. W finale zaś powraca temat początkowy, ubrany w dźwięki m.in. saksofonów Iana McDonalda i Mela Collinsa, ma­jący w sobie coś z dramatycznej kody podsumowującej twórczość King Crimson z lat 1969-1974.

WIESŁAW WEISS

1: PINK FLOYD The Wall (1979)

Roger Waters w rozmowie z naszym pismem wspominał: W lipcu 1977 roku podczas koncertu Pink Floyd na Stadionie Olimpijskim w Montrealu publiczność robiła tyle hałasu, że straciłem panowanie nad sobą. Pochyliłem się w stronę faceta, który próbował wdrapać się na estradę, i plunąłem mu w twarz. Schodziłem ze sceny zawstydzony swoim okropnym zachowaniem i przygnębiony. A granie wielkich, stadionowych koncertów jako doświadczenie alienujące od publiczności wydało mi się czymś bezsensownym. To wtedy w wyobraźni pojawił się obraz muru, rzeczywistego, fizycznego muru, odgradzającego mnie od słuchaczy. Od tej wizji wszystko się zaczęło.

Waters oczywiście szybko zrozumiał, że mur to symbol o wiele bardziej nośny, niż początkowo sądził. I cykl utworów, który wtedy stworzył, a później nagrał z Pink Floyd jako The Wall, nabrał nowych barw i nieoczekiwanych odcieni. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że powstała opowieść o człowieku, do pewnego stopnia alter ego samego twórcy – chociaż na losach bohatera odcisnęły się też doświadczenia innych osób, zwłaszcza pierwszego lidera zespołu, Syda Barretta – który pod wpływem doznawanych w życiu razów (w tym wypadku: śmierć ojca, nadopiekuńczość matki, represyjność szkoły, powierzchowność związków z kobietami, trudy kariery) odgradza się od świata murem zobojętnienia: każdy cios to kolejna cegła w tym murze. Powstała historia niezwykła, przejmująca, przemawiająca do każdego, bo każdy jest wystawiony na trudy nie do udźwignięcia i każdy w mniejszym lub większym stopniu doświadcza bólu istnienia.

Gitarzysta David Gilmour zapamiętał: Zgodziliśmy się nagrać „The Wall”, ale pod warunkiem usunięcia wielu rzeczy, przerobienia innych oraz dodania nowych. Waters przyznał w rozmowie z nami: Cykl rzeczywiście uległ zmianom. Po pierwsze, część piosenek napisałem już po stworzeniu pierwotnej wersji. Po drugie, ściągnąłem na sesję Boba Ezrina i poprosiłem, aby pomógł mi (i Gilmourowi) wyprodu­kować album. Ostateczna forma cyklu była w znacznym stopniu wynikiem współpracy z nim.

To Ezrin stworzył finalną strukturę dzieła. Wyrzu­cił utwory zbyt dygresyjne, inne skrócił. Wskazał też luki w fabule. I to pod jego wpływem na album trafiły też trzy – świetne – kompozycje Gilmoura (z nowy­mi tekstami Watersa): Young Lust, Run Like Hell i ta, która zyskała największą popularność, Comfortably Numb, zaśpiewana przez Watersa i Gilmoura na dwa głosy, ożywiona zapierającymi dech solówkami gitarowymi. Ezrin dodał również coś własnego: The Trial w stylu Kurta Weilla. On wreszcie narzucił grupie koncepcję brzmieniową całości, zakładającą wykorzystanie partii orkiestry symfonicznej i chóru, przez co muzyka Pink Floyd nabrała dramatyzmu i rozmachu, jakiego dotąd nie miała. On też wymusił na muzykach, by zadbali o przebojowość choćby niektórych fragmentów cyklu, a w szczególności nawiązali w Another Brick In The Wall Part 2 do muzyki disco. Dzięki temu utwór, z łobuzerską partią chóralną w wykonaniu dzieciaków z Islington w Londynie, stał się wielkim przebojem – a zarazem hymnem przeciwko tłumiącej indywidualność uczniów szkole.

Wydany 30 listopada 1979 album odniósł gigantyczny sukces (do dziś sprzedano ponad 30 milionów egzemplarzy). W pełni zasłużony, bo jest kunsztowną, wielowątkową całością – nie tylko fabularną, ale też muzyczną, z powracający­mi tematami (Another Brick In The Wall w trzech częściach, In The Flesh? i In The Flesh), z klamrą (całość została zapętlona, ostatnie dźwięki prowadzą z powrotem do początku), z wplecionymi w tkankę dźwiękową, charakte­rystycznymi dla Pink Floyd odgłosami (śpiew ptaków, płacz niemowlęcia, gwar szkolnego dziedzińca, huk samolotu, zgiełk śmigłowca). Ale nie brakuje na nim piosenek, które za­chwycają w oderwaniu od pozostałych, jak wspomniane hity, ale też bolesna kołysanka Mother, melancholijna ballada Hey You, podniosły chóralno-orkiestrowy hymn Bring The Boys Back Home czy wściekłe rockowe ciosy In The Flesh?, Young Lust i Run Like Hell.

The Wall pozostaje wzorcowym concept albumem i obok The Dark Side Of The Moon czy Wish You Were Here jednym z najwspanialszych dokonań Pink Floyd, a zarazem jednym z arcydzieł rocka progresywnego.

WIESŁAW WEISS

Pismo aktualnie dostępne jest WYŁĄCZNIE w naszym sklepie internetowym

„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

Przeczytaj także

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
trackback

[…] Zobacz ranking miejsca 5-1 […]

1
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x