Niedzielny koncert System Of A Down przyniósł równie dużo emocji, co pierwszy występ zespołu. Mimo wszystko było to z kilku powodów wydarzenie różne od poprzedniego.
Drugi dzień z System Of A Down na Stadionie Narodowym to drugi komplet 60 tysięcy widzów i trochę inny klimat. Dosłownie: tego dnia w Warszawie intensywnie padało, co wpływało na odbiór koncertu. O deszczu wspominał kilkukrotnie Josh Homme z Queens Of The Stone Age (Jesteśmy w tym zjednoczeni, to wieczór, jakiego nie zapomnicie), których set wypadł trochę mniej energetycznie niż dzień wcześniej.
Jeżeli chodzi o System energia była chyba nawet większa niż w sobotę. I widać, że muzycy złapali luz ostatniego dnia trasy. Nie było polityki, wspominania niefortunnego koncertu w Spodku… Były żarty przed „Needles” kto w zespole ma największy tyłek (wyszło, że John Dolmayan), był uścisk Serja Tankiana i Darona Malakiana po „Roulette” (ważny, bo nie urodzinowy) i uściski z pozostałymi kolegami.
W repertuarze wymienili około 1/4 utworów, doszły rarytasy jak „Mr. Jack” czy „DAM” o cechach wręcz rocka progresywnego. Ale były też oczywiście ciosy jak znaczony pitami w kałużach „Chop Suey!” czy chwile nastrojowe, jak „Lonely Day” z tysiącami świateł na całym obiekcie.
Zespół szczęśliwy, publiczność zachwycona – udana dogrywka (przeczytaj relację z sobotniego koncertu System Of A Down).

