Nasze „Wydanie Specjalne” w całości poświęcone rockowi progresywnemu wciąż jest dostępne w naszym internetowym sklepie.
„Wydanie Specjalne: 100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” to subiektywne, przygotowane przez redakcję „Teraz Rocka” zestawienie najważniejszych albumów w historii szeroko rozumianego rocka progresywnego.
Płyty ponadczasowe, płyty kultowe, płyty które odniosły gigantyczny sukces komercyjny, a także takie docenione tylko przez progrockową niszę. To wszystko wydane na świetnej jakości papierze i w doskonałej oprawie graficznej, na 148 stronach.
„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!
Poniżej zestawienie z miejscami 20-11.
20: OPETH Blackwater Park (2001)
Blackwater Park to świadectwo rozwinięcia i pogłębienia eklektycznego stylu Opeth znanego z poprzednich wydawnictw. Chcę eksplorować każdy muzyczny styl – mówił Mikael podczas nagrań. Dlaczego nie uwzględnić tu wszystkiego, co lubię, i nie stworzyć nowego gatunku? Komponowanie ma w sobie coś z przygody. Dzięki temu muzyka jest interesująca.
Płytę zdominowały wielowątkowe utwory, trwające nawet po kilkanaście minut. The Leper Affinity rozpoczyna się od ostrych riffów i growli, ale potem wchodzą spokojne fragmenty z gitarami akustycznymi i nastrojowym śpiewem, często na dwa głosy, w harmonii, a całość wieńczy fortepianowe interludium. Złożoną formę mają też utwory Bleak, popularny The Drapery Falls czy najbardziej wyrafinowany Blackwater Park. Album urozmaiciły urocza ballada Harvest i nastrojowa miniatura na gitarę akustyczną i fortepian – Patterns In The Ivy.
ROBERT FILIPOWSKI
19: VAN DER GRAAF GENERATOR Pawn Hearts (1971)
Tytuł Pawn Hearts, czyli Serca pionków, to żart: przekręcone przez saksofonistę Davisa Jacksona pod wpływem narkotyków sformułowanie „horn parts”, czyli „partie dęciaków” (Hammill dorobił do niego wyjaśnienie: Wszyscy jesteśmy pionkami, nie tylko najubożsi, także królowie, zilustrowane na okładce). Ale trzy rozbudowane utwory, które wypełniają album, nie mają w sobie nic z żartu.
Lemmings, sztandarowe dzieło zespołu, to przerażający obraz ślepego pędu ludzkości ku samozagładzie. Numer miał sprawiać, że słuchacz pomyśli: cholera, to naprawdę się dzieje! i co teraz? – komentował Hammill. Utwór ma niezwykłą kolażową formę. Pełen chaotycznych zmian narracji i nastroju, narastający i opadający, z fragmentami spokojniejszymi, z gitarą akustyczną, fletem i organami, przez wstawki niezwykle intensywne rytmicznie, po momenty wręcz awangardowe, kakofoniczne, z warkotem klawiszy i wrzaskami saksofonów. To zarazem popis Hammilla wokalisty, który sięga po rozległą gamę środków ekspresji, od ledwie słyszalnego szeptu i łagodnego falsetu po rozdzierający krzyk. Jest to jednak muzyka, która przez cały czas przykuwa uwagę frapującymi wątkami melodycznymi.
MICHAŁ CHALOTA
18: MIKE OLFIELD Ommadawn (1975)
Ommadawn, trzecia z wielkich form Oldfielda, miała mu pomóc przezwyciężyć problemy emocjonalne, z którymi zmagał się od dawna. Zdałem sobie sprawę, że źródeł tego wszystkiego, co doprowadza mnie do szaleństwa, muszę szukać w momencie przyjścia na świat. Uznałem więc, że aby odzyskać spokój duszy, muszę narodzić się raz jeszcze – mówił. A w rezultacie – jak wyjaśniał w wywiadzie dla „Tylko Rocka” – kompozycja Ommadawn miała wyrażać torturę narodzin…
Nie zmienił koncepcji, gdy w styczniu 1975 roku, tydzień czy dwa po tym, jak rozpoczął nagrania – w domowym studiu Beacon niedaleko Kington w angielskim Herefordshire – zmarła jego mama, również zmagająca się od lat z zaburzeniami psychicznymi. Ale bez wątpienia ból, któremu musiał stawić czoło, również odcisnął się na jego dziele. Może o tym świadczyć jedna z najbardziej przejmujących partii gitarowych w całej historii rocka (w zakończeniu pierwszej części utworu). To otwarcie serca, a może raczej duszy – zwierzał się nam Oldfield. I wydobycie na światło dzienne najgłębiej skrywanych emocji. Żadnej mojej partii nie da się porównać z tą.
WIESŁAW WEISS
17: GENTLE GIANT Octopus (1972)
Na Octopus po raz pierwszy w Gentle Giant zagrał perkusista John Weathers, a po raz ostatni Phil Shulman (znużony wielotygodniowymi trasami postanowił zakończyć karierę muzyka). Kompozytorzy wszystkich utworów, Kenny Minnear i Ray Shulman, idealnie zrównoważyli zapędy eksperymentatorskie (złożoność partii wokalnych w madrygałowym Knots czy średniowieczny klimat Raconteur, Troubadour) z uderzeniem rockowym (The Advent Of Panurge, A Cry For Everyone, River), groove’em (The Boys In The Band) i uroczymi melodiami (Think Of Me With Kindness). Teksty, pisane z udziałem Dereka i Phila, nawiązują m.in. do Gargantui i Pantagruela François Rabelais’go (The Advent Of Panurge), dzieł Alberta Camusa (A Cry For Everyone) i teorii szkockiego psychiatry R. D. Lainga (Knots). Najbardziej reprezentatywny album dla tego, co robiliśmy – kwitował Derek.
PAWEŁ BRZYKCY
16: PROCOL HARUM Live. In Concert With The Edmonton Symphony Orchestra (1972)
Barokowy klimat i rozmach muzyki Procol Harum sprawiały, że pojawiła się pokusa zaprezentowania jej w wersji symfonicznej, z towarzyszeniem orkiestry. 6 lipca 1969 w Ontario w Kanadzie zespół po raz pierwszy wykonał utwory A Salty Dog i In Held ‘Twas In I ze Stratford Festival Orchestra, zachwycając publiczność i recenzentów. Brooker mówił w „Tylko Rocku”: Coś fantastycznego… Gdy wykonywaliśmy z chórem finałową część „In Held ‘Twas In I”, miałem łzy w oczach. Był to prawdopodobnie pierwszy koncert zespołu rockowego z orkiestrą – jeszcze przed premierowymi wykonaniami Concerto For A Group And Orchestra Deep Purple i Five Bridges Suite The Nice. Niestety, Procol Harum tamtego koncertu nie zarejestrował, ale błędu nie powtórzył po kolejnej propozycji występu z orkiestrą, 18 listopada 1971 w Northern Alberta Jubilee Auditorium w Edmonton, wraz z tamtejszymi symfonikami pod batutą Lawrence’a Leonarda i z chórem Da Camera Singers.
Brooker opowiadał nam: Za pieniądze wytwórni A&M, która wydawała płyty Procol Harum za Oceanem, wynajęto przenośne szesnastośladowe studio, co miało zapewnić doskonałe brzmienie.
PAWEŁ BRZYKCY
15: DREAM THEATER Metropolis Pt. 2: Scenes From A Memory (1999)
Główny tytuł albumu, Metropolis Pt. 2, sugeruje łączność z utworem Metropolis – Part I: The Miracle And The Sleeper z Images And Words, ale w rzeczywistości pomysł opowieści narodził się dużo później. Wyszedł od gitarzysty, Johna Petrucciego, ale dużo do powiedzenia miał też Portnoy. Perkusista tak nam o tym opowiadał w 2024 roku: Cały zespół poświęcił mu wiele czasu, każdy dodawał coś od siebie. Ale największy wkład w dopracowanie historii i zbudowanie z niej albumu mieliśmy John i ja, jako producenci. Myślę, że to ja zwróciłem uwagę Johna i kolegów na film Kennetha Branagha „Umrzeć powtórnie”, z ciekawie ujętym wątkiem reinkarnacji w połączeniu z motywem zbrodni. Właśnie ten film posłużył nam za główne źródło inspiracji.
Gdyby na chwilę zapomnieć o przewijających się przez płytę „słuchowiskowych” efektach, jak fragmenty rozmów, tykanie zegara czy ciężkie kroki, to muzyka na niej broni się świetnie i bez konceptualnego kontekstu. Wspaniała instrumentalna Overture 1928 z baśniową melodią klawiszy Jordana Rudessa, mocno Rushowy Strange Déjà Vu, utrzymana w atmosferze horroru, której nie powstydziłby się King Diamond Fatal Tragedy czy zakręcony, ocierający się momentami o… jazz The Dance Of Eternity – to wszystko już dziś żelazna Dreamowa klasyka. A zaskakujący orientalizującymi motywami, ale i wyrazistym groove’em Home trzeba docenić jako wyzwanie rzucone będącym w chwili powstania Metropolis Pt. 2 u szczytu popularności numetalowcom. Na albumie znalazło się miejsce także dla dużej urody ballad – kameralnej, częściowo akustycznej Through Her Eyes i floydowo patetycznej The Spirit Carries On, z żeńskim chórem wtórującym Jamesowi LaBrie.
MACIEJ KOPROWICZ
14: CAMEL Mirage (1974)
Na płytę, która ukazała się 1 marca 1974 roku, trafiło tylko pięć nagrań, w tym dwa trzyczęściowe cykle Nimrodel/The Procession/The White Rider i Lady Fantasy. Cykl „Nimrodel”/„The Procession”/ „The White Rider” to nasza pierwsza przymiarka do concept albumu – mówił w „Tylko Rocku” Andrew. Po raz pierwszy spróbowaliśmy stworzyć muzykę, której źródłem byłaby literatura. Sięgnęliśmy wtedy do „Władcy pierścieni” Tolkiena, naszej ulubionej lektury w tym czasie. Jeśli zaś chodzi o „Lady Fantasy”, to zasadniczo były to dwie odrębne kompozycje, moja i (klawiszowca) Petera Bardensa, połączone w całość (Encounter i Lady Fantasy z podpisanym przez cały skład łącznikiem Smiles Of You w środku). To jedno z naszych ulubionych dokonań Camel.
Była to muzyka urozmaicona formalnie, z subtelnymi wpływami dzieł dawnych mistrzów (Supertister) czy jazzu (końcowa część Encounter w stylu The Doors z okresu L.A. Woman), obfitująca w zmiany tempa i nastroju, momentami pełna pędu i dynamiki ( jak w głównych częściach Freefall, Earthrise i Lady Fantasy), kiedy indziej pastoralna (z partiami fletu Latimera, jak w Supertwister, czy klawinetu, jak w The Procession), tchnąca atmosferą luzu (Freefall i The White Rider z urzekającymi solówkami gitarowymi). A użyte z wyobraźnią bogate instrumentarium (oprócz wymienionych m.in. fortepian, fortepian elektryczny, organy, czelesta, melotron, Minimoog) pozwoliło nadać jej olśniewające, plastyczne brzmienie. Niektóre fragmenty ożywiły różne odgłosy (szum wody nalewanej do naczynia w zakończeniu Supertwister, szum wiatru na początku Earthrise).
ROBERT FILIPOWSKI
13: PETER GABRIEL Peter Gabriel (3) (1980)
Album – bez tytułu, ale nazywany Peter Gabriel 3 albo Peter Gabriel Melt (w nawiązaniu do jakby topiącej się, spływającej twarzy artysty na okładce) – ukazał się 30 maja 1980 roku. Gabrielowi udało się stworzyć na nim muzykę o wielkiej intensywności rytmicznej, mającej źródło m.in. w plemiennej muzyce południowoafrykańskiej (Biko) czy w rhythm’n’bluesie spod znaku Bo Diddleya (Lead A Normal Life), nie stroniący od dysonansowo spiętrzonych, niecodziennych, fascynujących brzmień (No Self-Control, Intruder, I Don’t Remember). Robił ogromne wrażenie, chociaż nie wszystkich przekonał. Pewne kontrowersje wywołały zwłaszcza teksty takich utworów jak Family Snapshot, próba wejrzenia w duszę zabójcy (inspiracji dostarczyła lektura An Assassin’s Diary Arthura Bremera, który w 1972 postrzelił i okaleczył George’a Wallace’a, gubernatora Alabamy), i nawet Biko, hołd złożony męczennikowi reżimu południowoafrykańskiego Steve’owi Biko, śmiertelnie pobitemu w 1977 przez policję studentowi medycyny, założycielowi organizacji Black Consciousness Movement Of Azania (wzbogacony m.in. fragmentami pieśni wykonanych przez żałobników podczas pogrzebu bohatera).
WIESŁAW WEISS
12: QUEEN Queen II (1974)
Najbardziej progrockowym dziełem Queen jest wspaniały album Queen II, nagrywany od sierpnia 1973 w londyńskim studiu Trident, a wydany 8 marca 1974. Piosenki powstawały osobno, ale ułożyliśmy je tak, by tworzyły większe całości: łagodniejszą stronę „białą” i ostrzejszą „czarną” – wyjaśniał Mercury. May dodawał: Zamierzaliśmy wykorzystać możliwości studyjnej techniki bardziej niż ktokolwiek w rocku przed nami. A Taylor puentował: Nie sądzę, by ktokolwiek brzmiał jak my na tym albumie.
Queen II zdobi ikoniczna okładka z kompilacją fotografii Micka Rocka (Freddie w pozie inspirowanej zdjęciem Marlene Dietrich), później „ożywiona” w klipach Bohemian Rhapsody i One Vision. A muzyka olśniewa podniosłym, miejscami baśniowym nastrojem. Autorem niemal wszystkich utworów ze strony „białej” jest May. Orkiestrowe – uzyskane oczywiście za pomocą gitary – wprowadzenie, Procession, rodzaj marsza pogrzebowego, przechodzi w epicki Father To Son (ciekawostka: na gitarze akustycznej gra tu basista John Deacon), o odpowiedzialności, jaką jest przekazanie kolejnym pokoleniom najważniejszych życiowych wartości. White Queen (As It Began), genialna ballada, odzwierciedla uwielbienie dla kobiety, mającej tutaj cechy nieziemskiej bogini. Gdy Biała Królowa spaceruje, noc blednie… Brian skomponował ten utwór już w 1968 roku, platonicznie zakochany w studentce biologii; inspiracją była też, no właśnie, książka Roberta Gravesa Biała bogini. Po lirycznym Some Day One Day śpiewanym przez Maya odmianę proponuje Taylor: jego The Loser In The End muzycznie bliski jest Led Zeppelin, a tekst – o uczuciach matki, gdy syn opuszcza dom rodzinny (słychać trzaśnięcie drzwiami).
PAWEŁ BRZYKCY
11: ROGER WATERS Amused To Death (1992)
Swoje najwspanialsze solowe dzieło, wydany 7 września 1992 kolejny concept album, Amused To Death, nagrywał przez kilka lat, od 1987 do 1992, głównie w londyńskich studiach, jak Billiard Room i Abbey Road, z bardzo szerokim gronem współpracowników – w tym ze znakomitymi gitarzystami Jeffem Beckiem i Steve’em Lukatherem. Tytuł (Ubawiony na śmierć) zaczerpnął z opublikowanej wtedy książki Neila Postmana Amusing Ourselves To Death (polskie wydanie: Zabawić się na śmierć) o triumfie telewizji nad innymi mediami. Mówił: Wyobraziłem sobie kosmitów, którzy oglądają Ziemię po zagładzie i widzą szkielety przed ekranami telewizyjnymi. Mogli pomyśleć, że ubawiliśmy się na śmierć. Dodawał: Na okładce goryl gapi się w telewizyjny ekran… Ile rozumie z tego, co na nim widzi? Czy ludzie tworzący medialny przekaz widzą taką małpę w każdym z nas? Album jest więc „przerzucaniem telewizyjnych kanałów” – taki ilustracyjny efekt pojawia się zresztą wśród wielu innych. Najbardziej kojarzony z Watersem trop – wojenny – pojawia się wszakże od razu, klamrą jest bowiem opowieść Alfa Razzella, weterana I wojny światowej, wspominającego rzeź pod Sommą w 1916 roku.
PAWEŁ BRZYKCY
Zobacz ranking miejsca 10-5 (WKRÓTCE)
Pismo aktualnie dostępne jest WYŁĄCZNIE w naszym sklepie internetowym
„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!


[…] Zobacz ranking miejsca 20-11 […]