100 płyt wszech czasów Prog Rocka: Ranking Teraz Rocka (miejsca 20-11)

/ 17 października, 2026

Nasze „Wydanie Specjalne” w całości poświęcone rockowi progresywnemu wciąż jest dostępne w naszym internetowym sklepie.


„Wydanie Specjalne: 100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” to subiektywne, przygotowane przez redakcję „Teraz Rocka” zestawienie najważniejszych albumów w historii szeroko rozumianego rocka progresywnego.

Płyty ponadczasowe, płyty kultowe, płyty które odniosły gigantyczny sukces komercyjny, a także takie docenione tylko przez progrockową niszę. To wszystko wydane na świetnej jakości papierze i w doskonałej oprawie graficznej, na 148 stronach. 

„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

Poniżej zestawienie z miejscami 20-11.

Zobacz ranking miejsca 30-21.

20: OPETH Blackwater Park (2001)

Blackwater Park to świadectwo rozwinięcia i pogłębienia eklektycznego stylu Opeth znanego z poprzednich wydawnictw. Chcę eksplorować każdy muzyczny styl – mówił Mikael podczas nagrań. Dlaczego nie uwzględnić tu wszystkiego, co lubię, i nie stworzyć nowego gatunku? Komponowanie ma w sobie coś z przygody. Dzięki temu muzyka jest interesująca.

Płytę zdominowały wielowątkowe utwory, trwające nawet po kilkanaście minut. The Leper Affinity rozpoczyna się od ostrych riffów i growli, ale potem wchodzą spokojne fragmenty z gitarami akustycznymi i nastrojowym śpiewem, często na dwa głosy, w harmonii, a całość wieńczy forte­pianowe interludium. Złożoną formę mają też utwory Bleak, popularny The Drapery Falls czy najbardziej wyrafinowany Blackwater Park. Album urozmaiciły urocza ballada Harvest i nastrojowa miniatura na gitarę akustyczną i fortepian – Pat­terns In The Ivy.

ROBERT FILIPOWSKI

19: VAN DER GRAAF GENERATOR Pawn Hearts (1971)

Tytuł Pawn Hearts, czyli Serca pionków, to żart: przekręcone przez saksofonistę Davisa Jacksona pod wpływem narkotyków sformułowanie „horn parts”, czyli „partie dęciaków” (Hammill dorobił do niego wyjaśnienie: Wszyscy jesteśmy pionkami, nie tylko najubożsi, także królowie, zilustrowane na okładce). Ale trzy rozbudowane utwory, które wypełniają album, nie mają w sobie nic z żartu.

Lemmings, sztandarowe dzieło zespołu, to prze­rażający obraz ślepego pędu ludzkości ku samoza­gładzie. Numer miał sprawiać, że słuchacz pomyśli: cholera, to naprawdę się dzieje! i co teraz? – komento­wał Hammill. Utwór ma niezwykłą kolażową formę. Pełen chaotycznych zmian narracji i nastroju, narastający i opadający, z fragmentami spokoj­niejszymi, z gitarą akustyczną, fletem i organami, przez wstawki niezwykle intensywne rytmicznie, po momenty wręcz awangardowe, kakofoniczne, z warkotem klawiszy i wrzaskami saksofonów. To zarazem popis Hammilla wokalisty, który sięga po rozległą gamę środków ekspresji, od ledwie słyszal­nego szeptu i łagodnego falsetu po rozdzierający krzyk. Jest to jednak muzyka, która przez cały czas przykuwa uwagę frapującymi wątkami melodycz­nymi.

MICHAŁ CHALOTA

18: MIKE OLFIELD Ommadawn (1975)

Ommadawn, trzecia z wielkich form Oldfielda, miała mu pomóc przezwyciężyć problemy emocjo­nalne, z którymi zmagał się od dawna. Zdałem sobie sprawę, że źródeł tego wszystkiego, co doprowadza mnie do szaleństwa, muszę szukać w momencie przyj­ścia na świat. Uznałem więc, że aby odzyskać spokój duszy, muszę narodzić się raz jeszcze – mówił. A w rezultacie – jak wyjaśniał w wywiadzie dla „Tylko Rocka” – kompozycja Ommadawn miała wyrażać torturę narodzin…

Nie zmienił koncepcji, gdy w styczniu 1975 roku, tydzień czy dwa po tym, jak rozpoczął nagrania – w domowym studiu Beacon niedaleko Kington w angielskim Herefordshire – zmarła jego mama, również zmagająca się od lat z zaburzeniami psychicznymi. Ale bez wątpienia ból, któremu musiał stawić czoło, również odcisnął się na jego dziele. Może o tym świadczyć jedna z najbardziej przejmujących partii gitarowych w całej historii rocka (w zakończeniu pierwszej części utworu). To otwarcie serca, a może raczej duszy – zwierzał się nam Oldfield. I wydobycie na światło dzienne najgłębiej skrywanych emocji. Żadnej mojej partii nie da się porównać z tą.

WIESŁAW WEISS

17: GENTLE GIANT Octopus (1972)

Na Octopus po raz pierwszy w Gentle Giant zagrał perkusista John Weathers, a po raz ostatni Phil Shulman (znużony wielotygodniowymi trasami postanowił zakończyć karierę muzyka). Kompozytorzy wszystkich utworów, Kenny Min­near i Ray Shulman, idealnie zrównoważyli zapędy eksperymentatorskie (złożoność partii wokalnych w madrygałowym Knots czy średniowieczny kli­mat Raconteur, Troubadour) z uderzeniem rocko­wym (The Advent Of Panurge, A Cry For Everyone, River), groove’em (The Boys In The Band) i uroczy­mi melodiami (Think Of Me With Kindness). Teksty, pisane z udziałem Dereka i Phila, nawiązują m.in. do Gargantui i Pantagruela François Rabelais’go (The Advent Of Panurge), dzieł Alberta Camusa (A Cry For Everyone) i teorii szkockiego psychiatry R. D. Lainga (Knots). Najbardziej reprezentatywny album dla tego, co robiliśmy – kwitował Derek.

PAWEŁ BRZYKCY

16: PROCOL HARUM Live. In Concert With The Edmonton Symphony Orchestra (1972)

 Barokowy klimat i rozmach muzyki Procol Ha­rum sprawiały, że pojawiła się pokusa zaprezen­towania jej w wersji symfonicznej, z towarzysze­niem orkiestry. 6 lipca 1969 w Ontario w Kanadzie zespół po raz pierwszy wykonał utwory A Salty Dog i In Held ‘Twas In I ze Stratford Festival Or­chestra, zachwycając publiczność i recenzentów. Brooker mówił w „Tylko Rocku”: Coś fantastyczne­go… Gdy wykonywaliśmy z chórem finałową część „In Held ‘Twas In I”, miałem łzy w oczach. Był to praw­dopodobnie pierwszy koncert zespołu rockowego z orkiestrą – jeszcze przed premierowymi wyko­naniami Concerto For A Group And Orchestra Deep Purple i Five Brid­ges Suite The Nice. Niestety, Procol Harum tamtego koncer­tu nie zarejestro­wał, ale błędu nie powtórzył po kolejnej propozycji występu z orkie­strą, 18 listopada 1971 w Nort­hern Al­berta Jubilee Auditorium w Edmonton, wraz z tamtejszymi symfonikami pod batutą Lawrence’a Leonarda i z chórem Da Camera Singers.

Brooker opowiadał nam: Za pieniądze wytwór­ni A&M, która wydawała płyty Procol Harum za Oceanem, wynajęto przenośne szesnastośladowe studio, co miało zapewnić doskonałe brzmienie.

PAWEŁ BRZYKCY

15: DREAM THEATER Metropolis Pt. 2: Scenes From A Memory (1999)

Główny tytuł albumu, Metropolis Pt. 2, sugeruje łączność z utworem Metropolis – Part I: The Miracle And The Sleeper z Images And Words, ale w rze­czywistości pomysł opowieści narodził się dużo później. Wyszedł od gitarzysty, Johna Petruccie­go, ale dużo do powiedzenia miał też Portnoy. Perkusista tak nam o tym opowiadał w 2024 roku: Cały zespół poświęcił mu wiele czasu, każdy dodawał coś od siebie. Ale największy wkład w dopracowanie historii i zbudowanie z niej albumu mieliśmy John i ja, jako producenci. Myślę, że to ja zwróciłem uwagę Johna i kolegów na film Kennetha Branagha „Umrzeć powtórnie”, z ciekawie ujętym wątkiem reinkarnacji w połączeniu z motywem zbrodni. Właśnie ten film posłużył nam za główne źródło inspiracji.

Gdyby na chwilę zapomnieć o przewijających się przez płytę „słuchowiskowych” efektach, jak fragmenty rozmów, tykanie zegara czy ciężkie kroki, to muzyka na niej broni się świetnie i bez konceptualnego kontekstu. Wspaniała instrumen­talna Overture 1928 z baśniową melodią klawiszy Jordana Rudessa, mocno Rushowy Strange Déjà Vu, utrzymana w atmosferze horroru, której nie powstydziłby się King Diamond Fatal Tragedy czy zakręcony, ocierający się momentami o… jazz The Dance Of Eternity – to wszystko już dziś żelazna Dreamowa klasyka. A zaskakujący orientalizujący­mi motywami, ale i wyrazistym groove’em Home trzeba docenić jako wyzwanie rzucone będącym w chwili powstania Metropolis Pt. 2 u szczytu popu­larności numetalowcom. Na albumie znalazło się miejsce także dla dużej urody ballad – kameralnej, częściowo akustycznej Through Her Eyes i floydo­wo patetycznej The Spirit Carries On, z żeńskim chórem wtórującym Jamesowi LaBrie.

MACIEJ KOPROWICZ

14: CAMEL Mirage (1974)

Na płytę, która ukazała się 1 marca 1974 roku, trafiło tylko pięć nagrań, w tym dwa trzyczęściowe cykle Nimrodel/The Procession/The White Rider i Lady Fantasy. Cykl „Nimrodel”/„The Procession”/ „The White Rider” to nasza pierwsza przymiarka do concept albumu – mówił w „Tylko Rocku” Andrew. Po raz pierwszy spróbowaliśmy stworzyć muzykę, której źródłem byłaby literatura. Sięgnęliśmy wtedy do „Władcy pierścieni” Tolkiena, naszej ulubionej lektury w tym czasie. Jeśli zaś chodzi o „Lady Fantasy”, to zasadniczo były to dwie odrębne kompozycje, moja i (klawiszowca) Petera Bardensa, połączone w całość (Encounter i Lady Fantasy z podpisanym przez cały skład łącznikiem Smiles Of You w środku). To jedno z naszych ulubionych dokonań Camel.

Była to muzyka urozmaicona formalnie, z subtelnymi wpływami dzieł dawnych mistrzów (Supertister) czy jazzu (końcowa część Enco­unter w stylu The Doors z okresu L.A. Woman), obfitująca w zmiany tempa i nastroju, momen­tami pełna pędu i dynamiki ( jak w głównych częściach Freefall, Earthrise i Lady Fantasy), kiedy indziej pastoralna (z partiami fletu Latimera, jak w Supertwister, czy klawinetu, jak w The Proces­sion), tchnąca atmosferą luzu (Freefall i The White Rider z urzekającymi solówkami gitarowymi). A użyte z wyobraźnią bogate instrumentarium (oprócz wymienionych m.in. fortepian, fortepian elektryczny, organy, czelesta, melotron, Minimo­og) pozwoliło nadać jej olśniewające, plastyczne brzmienie. Niektóre fragmenty ożywiły różne odgłosy (szum wody nalewanej do naczynia w za­kończeniu Supertwister, szum wiatru na początku Earthrise).

ROBERT FILIPOWSKI

13: PETER GABRIEL Peter Gabriel (3) (1980)

Album – bez tytułu, ale nazywany Peter Gabriel 3 albo Peter Gabriel Melt (w nawiązaniu do jakby topiącej się, spływającej twarzy artysty na okładce) – ukazał się 30 maja 1980 roku. Gabrielowi udało się stworzyć na nim muzykę o wielkiej intensyw­ności rytmicznej, mającej źródło m.in. w plemien­nej muzyce południowoafrykańskiej (Biko) czy w rhythm’n’bluesie spod znaku Bo Diddleya (Lead A Normal Life), nie stroniący od dysonansowo spię­trzonych, niecodziennych, fascynujących brzmień (No Self-Control, Intruder, I Don’t Remember). Robił ogromne wrażenie, chociaż nie wszystkich prze­konał. Pewne kontrowersje wywołały zwłaszcza teksty takich utworów jak Family Snapshot, próba wejrzenia w duszę zabójcy (inspiracji dostarczyła lektura An Assassin’s Diary Arthura Bremera, który w 1972 postrzelił i okaleczył George’a Wallace’a, gubernatora Alabamy), i nawet Biko, hołd złożony męczennikowi reżimu południowoafrykańskie­go Steve’owi Biko, śmiertelnie pobitemu w 1977 przez policję studentowi medycyny, założycielowi organizacji Black Consciousness Movement Of Azania (wzbogacony m.in. fragmentami pieśni wykonanych przez żałobników podczas pogrzebu bohatera).

WIESŁAW WEISS

12: QUEEN Queen II (1974)

Najbardziej progrockowym dziełem Queen jest wspaniały album Queen II, nagrywany od sierpnia 1973 w londyńskim studiu Trident, a wydany 8 mar­ca 1974. Piosenki powstawały osobno, ale ułożyliśmy je tak, by tworzyły większe całości: łagodniejszą stronę „białą” i ostrzejszą „czarną” – wyjaśniał Mercury. May dodawał: Zamierzaliśmy wykorzystać możliwości studyjnej tech­niki bardziej niż ktokolwiek w rocku przed nami. A Taylor puentował: Nie sądzę, by ktokolwiek brzmiał jak my na tym albumie.

Queen II zdobi ikoniczna okładka z kompilacją fotogra­fii Micka Rocka (Freddie w pozie inspirowanej zdjęciem Marlene Dietrich), później „ożywiona” w klipach Bohemian Rhapsody i One Vision. A muzyka olśniewa podniosłym, miejscami baśniowym nastrojem. Autorem niemal wszystkich utworów ze strony „białej” jest May. Orkiestrowe – uzyska­ne oczywiście za pomocą gitary – wprowadzenie, Procession, rodzaj marsza pogrzebowego, przecho­dzi w epicki Father To Son (ciekawostka: na gitarze akustycznej gra tu basista John Deacon), o odpo­wiedzialności, jaką jest przekazanie kolejnym poko­leniom najważniejszych życiowych wartości. White Queen (As It Began), genialna ballada, odzwierciedla uwielbienie dla kobiety, mającej tutaj cechy nie­ziemskiej bogini. Gdy Biała Królowa spaceruje, noc blednie… Brian skomponował ten utwór już w 1968 roku, platonicznie zakochany w studentce biologii; inspiracją była też, no właśnie, książka Roberta Gravesa Biała bogini. Po lirycznym Some Day One Day śpiewanym przez Maya odmianę proponuje Taylor: jego The Loser In The End muzycznie bliski jest Led Zeppelin, a tekst – o uczuciach matki, gdy syn opuszcza dom rodzinny (słychać trzaśnięcie drzwiami).

PAWEŁ BRZYKCY

11: ROGER WATERS Amused To Death (1992)

Swoje najwspanialsze solowe dzieło, wydany 7 września 1992 kolejny concept album, Amused To Death, nagrywał przez kilka lat, od 1987 do 1992, głównie w londyńskich studiach, jak Billiard Room i Abbey Road, z bardzo szerokim gronem współ­pracowników – w tym ze znakomitymi gitarzysta­mi Jeffem Beckiem i Steve’em Lukatherem. Tytuł (Ubawiony na śmierć) zaczerpnął z opublikowanej wtedy książki Neila Postmana Amusing Ourselves To Death (polskie wydanie: Zabawić się na śmierć) o triumfie telewizji nad innymi mediami. Mówił: Wyobraziłem sobie kosmitów, którzy oglądają Ziemię po zagładzie i widzą szkielety przed ekranami telewi­zyjnymi. Mogli pomyśleć, że ubawiliśmy się na śmierć. Dodawał: Na okładce goryl gapi się w telewizyjny ekran… Ile rozumie z tego, co na nim widzi? Czy ludzie tworzący medialny przekaz widzą taką małpę w każ­dym z nas? Album jest więc „przerzucaniem telewi­zyjnych kanałów” – taki ilustracyjny efekt pojawia się zresztą wśród wielu innych. Najbardziej kojarzony z Watersem trop – wojenny – pojawia się wszakże od razu, klamrą jest bowiem opowieść Alfa Razzella, weterana I wojny światowej, wspo­minającego rzeź pod Sommą w 1916 roku.

PAWEŁ BRZYKCY

Zobacz ranking miejsca 10-5 (WKRÓTCE)

Pismo aktualnie dostępne jest WYŁĄCZNIE w naszym sklepie internetowym

„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

Przeczytaj także

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
trackback

[…] Zobacz ranking miejsca 20-11 […]

1
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x