Choć „Bring Me To Life” otworzyło Evanescence drzwi do światowej kariery, Amy Lee przez długi czas nie była przekonana do ostatecznej wersji utworu. Wokalistka ujawniła, że największym strachem było dla niej to, że zespół zostanie zapamiętany jako „one-hit wonder”.
W rozmowie z kanadyjskim radiem CBC Amy Lee wróciła wspomnieniami do początku lat 2000., gdy wytwórnia naciskała, by do singla dołączyć męski wokal. Jak przyznała, przedstawiciele labelu uważali, że kobiecy głos nie pasuje do dominującego wówczas nurtu nu metalu i chcieli, by Evanescence brzmiało bardziej „radiowo”.
Moim największym lękiem było to, że zostaniemy zespołem jednego przeboju. Bałam się, że ludzie usłyszą tę jedną piosenkę, która różni się od całej naszej twórczości, a później poczują się oszukani.
– powiedziała Lee.
Artystka zdradziła również, że początkowo wytwórnia chciała zatrudnić rapera na stałe do zespołu i umieścić jego partie na większości utworów z albumu „Fallen”. Evanescence stanowczo odmówiło, a spór był na tyle poważny, że prace nad debiutancką płytą zostały na pewien czas wstrzymane.
Ostatecznie kompromisem okazał się gościnny występ Paula McCoya z 12 Stones w „Bring Me To Life”, które trafiło również na ścieżkę dźwiękową filmu „Daredevil”. Amy podkreśla, że McCoy nie był winny całej sytuacji, a wręcz przeciwnie – bardzo wspierał zespół podczas nagrań.
Obawy wokalistki ostatecznie się nie sprawdziły. Po sukcesie „Bring Me To Life” kolejne single Evanescence również zdobyły ogromną popularność, a sam utwór stał się jednym z największych rockowych przebojów XXI wieku.

