20 października na warszawskim Torwarze wystąpił zespół Europe w ramach trasy z okazji czterdziestolecia albumu The Final Countdown. Oczywiście nie zabrakło tam ekipy „Teraz Rocka”, a wrażeniami na gorąco podzielił się Paweł Brzykcy.
Ten koncert był bardzo konkretny. Na początku utwory z różnych lat działalności zespołu, później bez przerwy czy solowych popisów cały materiał z The Final Countdown. Oglądaliśmy oryginalny skład z tej ikonicznej dla lat 80. płyty, a muzycy potwierdzili, że są w świetnej formie.
Słychać było, jak silny wpływ na Europe wywarła grupa Deep Purple – w mocnych riffach Johna Noruma czy klawiszowych partiach Mica Michaeliego. No i w samych kompozycjach – zaczęli od Scandinavian Eyes z tegorocznego albumu Come This Madness, poprawili Walk The Earth z poprzedniego, a kolejny był przebojowy Superstitious. Od początku w centrum uwagi znajdował się Joey Tempest, śpiewający znakomicie, czasami grający też na gitarze. Jak się masz, Warszawo! – przywitał się z nami po polsku. Za sceną pięć pionowych, prostokątnych telebimów dobrze spełniło swoją funkcję, dymów nie było, za to buchał żar z głośników, choćby przy One On One, też z nowej płyty (Michaeli wykreował monumentalne preludia do kilku utworów). A i łagodniejszych fragmentów nie brakło – jak Prisoners In Paradise. Po przebojowym On Broken Wings wykonali Rock The Night – czyli już The Final Countdown. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki, fani dalej śpiewali refren, a muzycy zaczęli do tego improwizować podkład – po czym skomplementowali naszą aktywność.
Kultowa ballada Carrie wzrusza mnie od czterdziestu lat, tego wieczoru również. Przed Danger On The Track Joey zagaił, jak to w kanciapie 45 lat temu – tak! – opracowywali ten utwór, podczas Ninja wyświetlane były zdjęcia z epoki. Być może z Tokio, Nagoi albo Kioto, o których wspomniał wokalista.
Ostra wersja Cherokee uświadomiła już chyba wszystkim, jak dobrze tym piosenkom robi współczesne, mocne brzmienie. No i The Final Countdown. Ciarki od początku syntezatorowego wstępu, po którym zabrzmiał TEN klawiszowy riff i… Było to magiczne, widzieć Joeya w charakterystycznych pozach ze statywem mikrofonu, jak na pamiętnym klipie. Zresztą dał nam zaśpiewać kilka początkowych wersów – a później już śpiewaliśmy razem. Solo Noruma jak zwykle ekwilibrystyczne, Tempest zresztą nazwał go legendą gitary… Wspólny odlot na Wenus zwieńczył ten bardzo udany występ – po takim utworze bis niepotrzebny.
Organizatorem wydarzenia było Live Nation Polska.

