15 kwietnia 2026 roku w wypełnionej po brzegi warszawskiej Progresji wystąpił zespół Machine Head.
Żeby wpierdol był skuteczny musi być zróżnicowany i metodyczny. Machine Head misterną sztukę spuszczania wpierdolu wypracował do perfekcji. Zespół gra blisko trzy godziny i jest to naprawdę solidne łojenie w mistrzowskim amerykańsko-polskim wydaniu, bo na scenie pojawił się znowu Vogg, który oficjalnie członkiem Machine Head już nie jest, ale zastępuje na trasie Reece Scruggsa.
O skuteczności wpierdolu decyduje też dobór repertuaru, a tutaj było przekrojowo. Po Imperium przeskok do Ten Ton Hammer. Niezawodne w tej kwestii okazują się stare klasyki, jak Davidian, ale jeden z największych młynów rozkręcił się przy From This Day – w latach 90. starzy metale zarzucali Machine Head zdradę i sprzedanie się. Dziś starzy i młodzi metale przy tym kawałku napierdalają, że aż miło, a Robb Flynn mógł na żywo przekonać się, co oznacza nowe słówko, którego się nauczył: na-pier-da-lać. Vogg kilka razy musiał mu je przesylabizować i wyjaśnić kontekst, ale Robb szybko je podłapał, a potem chętnie powtarzał.
Żeby wpierdol był kompletny musi być finezyjny. Dlatego znalazło się miejsce na akustyczny set z utworami Circle The Drain i Darkness Within, które pomogły zebrać siły na ostatnią godzinę zwieńczoną podniosłym Halo.
Poniżej galeria z warszawskiego koncertu Machine Head, którego organizatorem był Live Nation.

