Powrót mistrzów na Open’er Festival [GALERIA]

/ 4 lipca, 2026
fot. Robert Filipowski

Różnorodny lineup z solidnie reprezentowanymi artystami rockowymi i dwaj legendarni wykonawcy w roli głównej – Nick Cave i The Cure. Festiwal Open’er wypadł mocniej niż w ostatnich latach.


Tegoroczna, dwudziesta trzecia już edycja Open’er Festival odbyła się w dniach 1-4 lipca 2026 tradycyjnie na lotnisku Kosakowo. Tradycyjnie figle płatała pogoda, ale wytrwali fani doczekali się wspaniałych koncertów artystów reprezentujących różne gatunki. Poniżej to, co najbardziej przyciągnęło nasze oko i ucho.

Na pewno nie mogli narzekać fani grania okołopunkowego. 1 lipca na Tent Stage jako pierwszy pokazał się Kneecap – niby trzech gości bez instrumentów, w aranżu elektroniczno/hiphopowym, ale z dawką buntu i energii równą niejednemu punkowcowi z brzu… OK, nie wypada wypominać, bo Sebastian Murphy z Viagra Boys obnażył się i prezentował mięsień piwny, ale najważniejsza była dawka klasycznego już punk’n’rolla, która rozsadziła namiot oznaczony jako Alter Stage. Muzykę można było jeszcze chłonąć na mniejszej, hangarowej Flow Stage, gdzie dominowali wykonawcy młodsi, eksperymentujący.

Kneecap

Dalsza część środowego wieczoru skierowana była już do fanów bardziej refleksyjnego gitarowego grania. Matt Berninger, wokalista The National (w Tencie zabrzmiały też utwory macierzystej grupy­) po raz pierwszy z solowym występem w Polsce wydawał się być w formie nieco… falującej. Za to David Byrne dwie godziny później – bezbłędny, i to co prezentuje to spektakl, a nie zwykły koncert.

Matt Breninger

W zasadzie można by go przenieść na scenę główną zamiast The XX, których muzyka jest jednak minimalistyczna, intymna. Romy i Oliver rozruszali się dopiero pod koniec, gdy zaczęły dominować rytmy taneczne. Ten koncert transmitowany był w TVP i to też ważny krok w odświeżonym wizerunku festiwalu.

The XX

Na antenę trafił też wcześniejszy występ Zary Larsson, czyli wakacyjny pop, gdzie choreografia jest ważniejsza od muzyki. A całą pulę środy zgarnęła Florence And The Machine, która wystartowała już po północy. Może mniej dynamiczna niż wcześniej, może jakoś smutna, ale równie hipnotyzująca, z oddanym gronem fanek, których wianki widać było przy barierkach już kilka godzin wcześniej.

Florence + The Machine

Dzień drugi również miał swój punkowy szczyt. Idles w Tent Stage pokazali jak powinien wyglądać mocny przekaz z dźwiękowym atakiem i interakcją z publicznością. Dość wspomnieć wycieczki gitarzystów (Mark Bowen w różowej sukience) w publiczność, by odbyć z nią pogo lub puścić w obieg instrument, który jednak zawsze wracał. Joe Talbot wypluwał słowa piosenek (dosłownie, widać było strużki śliny) i opowiadał, co mu leży na wątrobie, na przykład brytyjski rząd (chociaż królowi też się dostało). Były też elementy humorystyczne, jak żarliwe wykonanie fragmentu All I Want For Christmas Is You.

Idles

Halsey na głównej? To pop, jaki chce się oglądać. Z jednej strony przebojowość z drugiej zadziorny wizerunek: pirotechnika jak na Rammsteinie, łańcuchy jak na Maidenach, i mocne wykonanie. Większość utworów zaaranżowana na rockowo (gitarowe solówki Vixen!), a niektóre partie wokalne podchodziły pod growl.

A potem danie główne: Nick Cave z bardzo rozbudowanym składem The Bad Seeds. Podkręcone aranżacje pasowały do skali sceny, ale mistrz kilkukrotnie powtarzał it’s ridiculous, jakby w ten rozmiar nie wierzył, mimo że w tym miejscu grał wcześniej dwukrotnie. Widzowie w pierwszych rzędach na pewno mogli poczuć się intymnie, bo Nick jak zwykle podchodził do barierek i balansował nad ich wyciągniętymi rękami, choćby w Tupelo. Tu wszystko jest dopracowane, i wynika chyba nie tylko ze spontanicznej energii, ale i zdolności aktorskich – dowodem wykonanie Henry Lee z chórzystką Janet Ramus, której żarliwie patrzył w oczy, jakby faktycznie łączyła ich zabójcza namiętność. Pogoda zaczęła się podczas tego występu psuć, wracał deszcz, ale nie przeszkodziło to całemu towarzystwu wyjść na wybieg w gospelowym nastroju Hiding All Away. Mistrzowska kulminacja, a kto miał jeszcze kondycję mógł bawić się przy secie Calvina Harrisa.

Dzień trzeci miał równie wielki finisz, z grupą która ściągnęła publiczność wielopokoleniową i spod różnych barw stylistycznych. The Cure. Nie było tu drogi na skróty: największe przeboje przeplatano w repertuarze utworami bardziej transowymi, nieoczywistymi. Muzycy w formie, na czele z liderem. Robert Smith wciąż ma ten sam, młodzieńczy głos i sądząc po uśmiechach dobrze się bawił, nawet gdy stopniowo coraz bardziej intensywna stawała się walka z pogodą. Przelotne opady deszczu zamieniły się w ulewę z silnym wiatrem, pod koniec ekipa techniczna gorączkowo zakrywała sprzęt, włącznie z ręcznikami na klawiszach Rogera O’Donnella. Długi zwykle bis trzeba było skrócić, a przed finalnym Boys Don’t Cry lider rzucił coś w stylu: Klawisze nie działają, a jeśli miałbym dalej śpiewać to pewnie bym zmarł, ale przynajmniej moglibyście powiedzieć, że przy tym byliście. Uczestnicy tego występu i tak będą go wspominać na całe życie, a może nie tylko oni: dzięki transmisji w TVP dramatyczne wydarzenia z Kosakowa mogła śledzić cała Polska.

The Cure

Pogoda pokrzyżowała plany występującym wcześniej, przed gwiazdą wieczoru, Slowdive. Koncert rozpoczął się z opóźnieniem i został mocno skrócony, a Rachel Goswell walczyła z temperaturą i wiatrem, który spychał gęste dźwięki grupy w kierunku zatoki.

Slowdive

Fani shoegazu mogli skryć się we Flow Stage, gdzie prezentowała się kolejna generacja stylu w postaci Irlandczyków z Just Mustard. Wtajemniczeni (a było ich kilka tysięcy) na koniec dnia przenieśli się jeszcze do Tent Stage. Roślinna dekoracja, niepozorna postać w czapeczce, bluzie z kapturem i kaloszach… Ethel Cain. Cóż to był za show! Połączenie delikatności z ciężarem w pełnej symbiozie z publicznością, która znała każde słowo. Cofając się do początku piątku, warto jeszcze wspomnieć o innej artystce, Annie Calvi – na scenie Alter poza imponującymi możliwościami wokalnymi dała się poznać jako świetna gitarzystka. Kolejny świetnie rozpisany artystycznie dzień.

Ethel Cain

Była też silna reprezentacja polska, w tym Ralph Kaminski, który przyciąga swoją magnetyczną osobowością, ujmuje delikatnością, ale też potrafi czasem mocniej uderzyć.

A sobota na Open’erze zaplanowana została jako niemal osobny festiwal, poświęcony muzyce pop.

KOMENTARZE

Przeczytaj także