13 wrześnie w warszawskim klubie Progresja zagrał zespół Black Stone Cherry. Grupa pokazała, w czym tkwi siła amerykańskiego, południowego rocka.
Zdjęcia nie oddadzą, jak bardzo żywiołowy na scenie jest zespół Black Stone Cherry. Kwartet wskoczył na estradę Progresji przy dźwiękach Hells Bells AC/DC i szybko przeszedł do rzeczy odpalając petardę własnych killerów. Chris Robertson z kolegami promowali tegoroczną EP Celebrate, ale ochoczo sięgali po starszy materiał. Mocną reprezentację miał Between the Devil & the Deep Blue Sea z imprezowym Blame It on the Boom Boom zagranym pod koniec ale też Folklore and Superstition z bardziej refleksyjnym Things My Father Said. Bo właśnie w muzyce Black Stone Cherry jest ta południowa bezpretensjonalność i bezpośredniość. Zresztą czuć ją było nie tylko w utworach, ale też pomiędzy nimi, gdy gitarzysta Ben Wells zapewniał, że domagali się u swojego managementu koncertu w Polsce mając w pamięci wcześniejsze występy, w tym ten na Pol’and’Rocku.
Przed nimi wystąpił równie zasłużony dla amerykańskiej alternatywy zespół 10 Years. To muzyka bardziej klimatyczna, nieco mroczniejsza, szczególnie w ponurej przeróbce Heart-Shaped Box Nirvany, w pierwszej połowie odśpiewanej tylko z gitarą akcentowaną pojedynczymi uderzeniami w werble.
Organizatorem koncertu był Live Nation. Poniżej galeria z Progresji.
10 Years
Black Stone Cherry
