Nasze „Wydanie Specjalne” w całości poświęcone rockowi progresywnemu wciąż jest dostępne w naszym internetowym sklepie.
„Wydanie Specjalne: 100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” to subiektywne, przygotowane przez redakcję „Teraz Rocka” zestawienie najważniejszych albumów w historii szeroko rozumianego rocka progresywnego.
Płyty ponadczasowe, płyty kultowe, płyty które odniosły gigantyczny sukces komercyjny, a także takie docenione tylko przez progrockową niszę. To wszystko wydane na świetnej jakości papierze i w doskonałej oprawie graficznej, na 148 stronach.
„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!
Poniżej zestawienie z miejscami 50-41
50: PETER HAMMILL Nadir’s Big Chance (1975)
Peter Hammill miał tyle do powiedzenia, że zdecydował się prowadzić karierę i z zespołem Van Der Graaf Generator, i solo. Chciał jednak wyraźnie rozgraniczyć te działania. O swojej wizji solowego dzieła Nadir’s Big Chance, nad którym pracował w grudniu 1974 w Rockfield Studios w Walii, opowiadał po latach „Tylko Rockowi”: Album powstał, gdy zdecydowaliśmy się reaktywować Van Der Graaf Generator. I pracując nad nim, chciałem trzymać się z dala od terytorium, na które zespół miał niebawem wkroczyć. Chciałem zwrócić się w stronę muzyki, jakiej od bardzo dawna nie tworzyłem. A mianowicie muzyki prostej, jednoznacznie rockowej, tworzonej w tradycyjnym składzie – gitara, bas i bębny, ewentualnie z udziałem saksofonu. Nadal lubię takie granie i wierzę, że coś z takiego grania ciągle tkwi w sercu mojej muzyki – mówił nam artysta. Wydawało mi się dobrym pomysłem, że zanim zaczniemy znowu pracować jako Generator, zagramy w czwórkę muzykę inną niż zwykle, dość agresywną.
Oczywiście jeden z gigantów progresywnego rocka nie byłby sobą, gdyby tego ostrego, surowego grania na różne sposoby nie udziwnił. A co jest bardziej progrockowego niż idea concept albumu? Ku konsternacji muzycznej prasy Peter wszem i wobec ogłosił, że został… opętany przez ducha muzyka nazwiskiem Rikki Nadir i będzie odtąd występował w jego imieniu.
WIESŁAW WEISS
49: IQ The Road Of Bones (2014)
Duża wartość albumu jest wynikiem tego, że główny kompozytor muzyki, Holmes, zapragnął większej niż zwykle odmiany… Każda nasza płyta jest krokiem naprzód, ale tym razem chciałem, by wszyscy członkowie zespołu wyszli ze swojej strefy komfortu – opowiadał o tworzeniu materiału. Abyśmy zagrali jeszcze ostrzej niż dotychczas. Album jest też najbardziej mrocznym w naszym dorobku. Duży wpływ na to miały obejrzane przeze mnie w tamtym czasie filmy – zwłaszcza tytułowy utwór postrzegałem jako coś w rodzaju soundtracku. W tym przypadku bohaterem jest seryjny zabójca – „Droga kości” oznacza po prostu to, że swoją wędrówkę znaczy on kośćmi, jakie pozostają po jego ofiarach… Nie jest to concept album w tradycyjnym rozumieniu, aczkolwiek niektóre motywy z rozmysłem powtarzałem w kilku utworach, w trochę innej formie. A jako kompozytor i producent od początku miałem wizję całości, wiedziałem, jak chciałbym, żeby to zabrzmiało i dyskutowałem o tym z kolegami. Już zresztą okładka znamionuje, że będziemy mieli do czynienia z niespotykanym wcześniej w muzyce IQ mrokiem.
PAWEŁ BRZYKCY
48: AYREON The Human Equation (2004)
Ayreon to bezprecedensowy projekt holenderskiego kompozytora, producenta, multiinstrumentalisty – przede wszystkim gitarzysty, basisty i klawiszowca – a także wokalisty Arjena Anthony’ego Lucassena. Nagrany między październikiem 2003 a marcem następnego roku, a wydany 25 maja 2004, wspaniały album The Human Equation jest jednym z tych, na których Lucassen odszedł od tematyki science fiction. Choć – jak mi wyznał – tytuł, oznaczający Czynnik ludzki, zaczerpnął z kwestii z serialu Star Trek. Przedstawił bohatera, opisanego jako Ja (w tej roli James LaBrie z Dream Theater), znajdującego się w śpiączce po wypadku samochodowym; przy jego szpitalnym łóżku czuwają Najlepszy Przyjaciel (Lucassen, śpiewający na tym albumie dość często, głosem bez od razu rozpoznawalnej barwy, ale miłym dla ucha) i Żona (Marcela Bovio). Dwadzieścia utworów, z charakterystycznymi partiami syntezatorów i gitary (brzmienie i rozwiązania melodyczne Arjena grającego na tych instrumentach rozpoznaje się natychmiast), lecz także z fragmentami akustycznymi i – to wyjątkowe – instrumentami smyczkowymi, obrazuje kolejne dni w tym stanie, a zarazem reminiscencje dwudziestu przełomowych dni z życia bohatera: od dzieciństwa przez czasy szkolne i małżeństwo po… wypadek? Utwór Day Seventeen: Accident? nieprzypadkowo ma w tytule znak zapytania – zachęcam, by przekonać się, co naprawdę się wydarzyło.
PAWEŁ BRZYKCY
47: PENDRAGON The World (1991)
Płyta The World – czyli Świat – została zrealizowana w sierpniu 1991 w londyńskich Protocol Studios, a ukazała się 11 listopada owego roku i objawiła już zdefiniowany styl Pendragon. Bogatsze niż dawniej brzmienie, kapitalna interakcja całej czwórki. We wstępie The Voyager kłania się twórcza inspiracja Pink Floyd, Barrett i Nolan pięknie rozwijają główny temat. Długa, kręta drogo, dokąd mnie zaprowadzisz? – pyta Barrett. I opowiada o tym, dokąd zmierza. San Francisco – ale gdzie stamtąd? Wyznaje: Wiem, gdzie mój duch jest wolny – w sercu Ameryki. Skoro artysta lubi wskazywać konkretne, ekscytujące momenty utworów, wskażmy i my. Gdy licznik czasu pokazuje 6:49, zaczyna się przygotowanie na jego rewelacyjną partię solową, która następuje od 8:36… Shane to też twórcza inspiracja, lecz nie kopia Pink Floyd. Oryginalny wstęp, niebawem charakterystyczny puls i śpiew (z echem), „leniwe” solo gitary. A magnum opus albumu stanowi ponaddwudziestominutowa suita Queen Of Hearts. Każda z części ma wyrazisty charakter, a jednocześnie służy budowie całości. On miał lat dwadzieścia jeden, ona siedemnaście, księżniczka magii w jego oczach, jeśli wiesz, co mam na myśli… – Barrett, śpiewając o miłości, która niesie ze sobą też wątpliwości i obawy, nie popada w przyziemność. Frapująco też przeplata brzmienia akustyczne i elektryczne (piękne gitarowe łkanie w Queen Of Hearts, motoryczny przesterowany podkład w A Man Could Die Out Here), Nolan zaś tasuje subtelne dźwięki fortepianu, syntezatorowe tła i solówki. Nie brak też bardziej „radiowych” melodii: w The Last Waltz i akustycznym, łagodnym And We’ll Go Hunting Deer.
PAWEŁ BRZYKCY
46: SOEN Lotus (2019)
Są tu turbodoładowania, choćby w utworach Opponent, Penance i Lunacy, ale po ostrych fragmentach często pojawiają się zwolnienia ze spokojnymi solówkami ze szkoły Davida Gilmoura. To pierwszy album Soen nagrany z kanadyjskim gitarzystą Codym Fordem, którego partie nie są jednak retro-stylizacją, lecz znakomicie dopasowują się do nowoczesnej produkcji. Znacznie zwiększona została dawka przebojowości, przy zachowaniu głębi emocjonalnej. Ekelöf jest tu w życiowej formie, w pełni wykorzystuje całą skalę głosu: stosuje więcej niż przedtem wyższych rejestrów… To nie tak, że Lascivious, Covenant czy po prostu uzależniający Martyrs są pod nogę, ale od razu zostają w głowie, choć nie zawsze mamy tu typowe refreny czy mostki. Wrażenie niezwykłej chwytliwości pojawia się również przy spokojniejszych River i Lotus. A i nie zapomnieli o orientalizmach (Rival) – etniczne elementy pojawiły się już na ich drugim albumie, Tellurian z 2015 – czy elementach postrockowo-ambientowych (rewelacyjny finał w postaci Lunacy).
PAWEŁ BRZYKCY
45: HAWKWIND Warrior On The Edge Of Time (1975)
Hawkwind w wydaniu studyjnym, chyba najlepiej jego fenomen oddaje album Warrior On The Edge Of Time, akurat ostatni z Lemmym Kilmisterem w składzie. Nagrano go między styczniem a marcem 1975 w studiach Rockfield w Walii i Olympic w Londynie, ukazał się 9 maja tego roku.
Teksty, z których część oparto na wierszach zaprzyjaźnionego pisarza Michaela Moorcocka (m.in. trzy melorecytowane miniatury – The Wizard Blew His Horn, Warrior i Standing At The Edge, dwie pierwsze przez samego autora, trzecia przez Turnera), tchnęły atmosferą fantasy i SF. Przewijają się w nich czarodzieje, wojownicy, poszukiwacze przygód w kosmicznych statkach, a nawet istoty ze słowiańskiego folkloru – Magnu z tak zatytułowanego utworu to koń księcia Slugobyla, niewidzialnego rycerza.
Jeszcze bardziej odlotowo jest w warstwie muzycznej. Najwspanialszy moment to dyptyk Assault And Battery/The Golden Void. Jego pierwsza część przytłacza hardrockowym ciężarem, a zarazem za sprawą kosmicznych brzmień syntezatorów i melodii fletu zmierza w rejony psychodeliczne. Druga jest bliższa brzmieniom kojarzonym z prog rockiem. Podniosła, ekspresyjnie zaśpiewana przez Brocka, z orientalizującymi partiami saksofonu Nika Turnera, nasuwa skojarzenia z King Crimson.
MACIEJ KOPROWICZ
44: RICK WAKEMAN The Six Wives Of Henry VIII (1973)
Muzyczne portrety żon Henryka VIII, urozmaicone pod względem formy i klimatu, opracowane głównie na różne instrumenty klawiszowe (w tym fortepian, klawesyn, organy piszczałkowe, organy Hammonda, syntezatory MiniMoog i ARP, melotrony) i zagrane przez Wakemana z olśniewającą wirtuozerią, wspaniale odzwierciedlają ich osobowości i dramatyczne, a niekiedy tragiczne losy.
Katarzyna Aragońska pochodziła z Hiszpanii, stąd w nagraniu Catherine Of Aragon słychać wpływy muzyki flamenco – choćby nawiązanie do kompozycji Asturias Isaaca Albéniza. Utwór Anne Boleyn z cytatem z hymnu Johna Ellertona The day thou gavest, Lord, is ended w wykonaniu chóru oddaje zarówno wytworność Anny Boleyn, jak i grozę tego, co przeżyła – bezpodstawnie oskarżona o cudzołóstwo, kazirodztwo i zdradę stanu została ścięta w Tower Of London. To chyba najwspanialsza kompozycja na płycie, pełna interesujących zwrotów akcji, z błyskotliwą partią fortepianu i intrygującą dźwiękowo MiniMooga. Portet Jane Seymour, z podniosłymi akordami organów londyńskiego kościoła St. Giles-without-Cripplegate w roli głównej, ma w sobie najwięcej dostojeństwa i patosu. Historia mówi, że Jane Seymour była prawdziwą wybranką króla – dała mu upragnionego syna, niestety, dwanaście dni po porodzie zmarła.
MICHAŁ CHALOTA
43: ARCHIVE You All Look The Same To Me (2002)
Na płycie You All Look The Same To Me, wydanej 12 marca 2002, wyróżniała się ponadszesnastominutowa suita Again. Massive Attack tak długich kompozycji nie tworzył – ale Pink Floyd owszem… Szczególnie pierwsza część, z cichutko pobrzękującą gitarą, klimatycznym syntezatorem, rzewną altówką i melancholijnie zaśpiewanymi słowami: You’re tearing me apart… słuchaczom kojarzyła się jednoznacznie floydowo. Część środkowa bliższa jest triphopowym korzeniom Archive – rządzą w niej wyrazisty rytm i natarczywy motyw gitarowy, ale pojawia się też coś w rodzaju solówki harmonijki ustnej, przepuszczonej przez efekty. Trzecia odsłona z początku przynosi uspokojenie w postaci bajkowej partii syntezatora i pulsującego rytmu. Ale to zmyłka, bo czeka nas za moment ostry finał, z gitarową ścianą dźwięku, łomoczącą żywą perkusją i ekspresyjnym Walkerem, który przekonująco wyrzuca z siebie: Rozdzierasz mnie brakiem swojej miłości.
Monumentalna kompozycja nieoczekiwanie stała się przebojem w stacjach radiowych w kontynentalnej Europie. Anglia zachowała rezerwę, ale szczególnie Polacy, Francuzi i Grecy oszaleli na punkcie Again. Utwór pięciokrotnie osiągnął szczyt listy przebojów Trójki, na stałe zagościł też we wszelkich topach wszech czasów. Wszystko to zasłużenie, ale… przecież pozostałe numery z albumu wcale nie są gorsze! Weźmy niemal tak samo długi Finding It So Hard: chociaż dzieje się w nim nieco mniej niż w Again, wciąga tak samo. Drum’n’bassowy rytm, „filmowe” syntezatory, wreszcie konkretna dawka gitarowego noise’u. Rewelacja! Podobnie Numb, rzecz w jednostajnym, transowym rytmie, z natarczywie powtarzanym tytułem, ale jakże czadowa za sprawą hałaśliwej gitary. Dużo bliżej jej do Radiohead niż do Floydów. Z kolei Fool zaskakuje bluesowym feelingiem, wnoszonym przez harmonijkę, ale też rozbujany rytm.
MACIEJ KOPROWICZ
42: APHRODITE’S CHILD 666 (1972)
Na dwupłytowy album 666 trafiło w sumie blisko osiemdziesiąt minut muzyki, pełnej dramatyzmu, o niezwykłej sile wyrazu, zazwyczaj utrzymanej w rockowej konwencji (The Four Horsemen, The Battle Of The Locusts, Do It), ale urozmaiconej elementami jazzu (Tribulation, His et nunc), twórczości awangardowej (The Wakening Beast) czy folkloru greckiego (The Lamb, The Wedding Of The Lamb). Punktem kulminacyjnym jest zaś dziewiętnastominutowa suita All The Seats Were Occupied, obfitująca w momenty apokaliptycznego chaosu, z wplecionymi w tkankę dźwiękową strzępami wcześniejszych nagrań z albumu. Vangelis sam z ogromną inwencją zaaranżował całą muzykę na 666, między innymi na głosy solowe i chór, instrumenty dęte, różne instrumenty klawiszowe, w tym syntezator, greckie instrumenty ludowe.
Najbardziej kontrowersyjnym fragmentem albumu okazał się niepokojący ∞, z zaimprowizowaną w studiu wokalizą wybitnej aktorki Irene Papas, wyrażającą ekstazę spełnienia erotycznego i ból porodu, a ilustrującą powtórne przyjście Chrystusa. Wokół sesji z udziałem Papas narosło wiele mitów. Niektóre szerzyli sami uczestnicy sesji, zwłaszcza Sideras: Była sama w kabinie, nikomu nie wolno było na nią patrzeć. Robiła to po ciemku. To nie był teatr. To był prawdziwy orgazm. Ale Costas Ferris gwałtownie temu zaprzeczał: Nie, nie i jeszcze raz nie! To obraźliwe dla pamięci wielkiej aktorki (zmarłej w 2022 roku).
ROBERT FILIPOWSKI
41: TANGERINE DREAM Force Majeure (1979)
W połowie lat 70. Froese jakby zatęsknił za gitarą, bo tego instrumentu, a także basu i perkusji zaczęło się w muzyce jego grupy znowu pojawiać więcej. Tak było na znakomitych albumach Stratosphear z 1976 ( jeszcze bez perkusji), dwa lata późniejszym Cyclone i wreszcie na Force Majeure, nagranym w sierpniu i wrześniu 1978 w berlińskim studiu Hansa, wydanym 2 lutego 1979. Za odejście od muzyki całkowicie zdominowanej przez brzmienia elektroniczne Tangerine Dream trochę się zresztą od prasy oberwało. Na szczęście się tym nie przejęli. Dzięki temu na Force Majeure możemy cieszyć się taką perłą progresywnego rocka jak Cloudburst Flight.
MACIEJ KOPROWICZ
Zobacz ranking miejsca 40-31 (WKRÓTCE)
Pismo aktualnie dostępne jest WYŁĄCZNIE w naszym sklepie internetowym
„100 PŁYT WSZECH CZASÓW – PROG ROCK” – KUP TERAZ!

